PluginProbe ʕ •ᴥ•ʔ
GiveWP – Donation Plugin and Fundraising Platform / 2.10.0
GiveWP – Donation Plugin and Fundraising Platform v2.10.0
4.16.3 4.16.2 4.16.1 4.16.0 4.15.5 4.15.4 4.15.3 4.15.2 4.15.1 4.15.0 2.3.0 2.3.1 2.3.2 2.30.0 2.31.0 2.31.1 2.32.0 2.33.0 2.33.1 2.33.2 2.33.3 2.33.4 2.33.5 2.4.0 2.4.1 2.4.2 2.4.3 2.4.4 2.4.5 2.4.6 2.4.7 2.5.0 2.5.1 2.5.10 2.5.11 2.5.12 2.5.13 2.5.2 2.5.3 2.5.4 2.5.5 2.5.6 2.5.7 2.5.8 2.5.9 2.6.0 2.6.1 2.6.2 2.6.3 2.7.0 2.7.1 2.7.2 2.7.3 2.7.4 2.7.5 2.8.0 2.8.1 2.9.0 2.9.1 2.9.2 2.9.3 2.9.4 2.9.5 2.9.6 2.9.7 3.0.0 3.0.1 3.0.2 3.0.3 3.0.4 3.1.0 3.1.1 3.1.2 3.10.0 3.11.0 3.12.0 3.12.1 3.12.2 3.12.3 3.13.0 3.14.0 3.14.1 3.14.2 3.15.0 3.15.1 3.16.0 3.16.1 3.16.2 3.16.3 3.16.4 3.16.5 3.17.0 3.17.1 3.17.2 3.18.0 3.19.0 3.19.1 3.19.2 3.19.3 3.19.4 3.2.0 3.2.1 3.2.2 3.20.0 3.21.0 3.21.1 3.22.0 3.22.1 3.22.2 3.3.0 3.3.1 3.4.0 3.4.1 3.4.2 3.5.0 3.5.1 3.6.0 3.6.1 3.6.2 3.7.0 3.8.0 3.9.0 4.0.0 4.1.0 4.1.1 4.10.0 4.10.1 4.11.0 4.12.0 4.13.0 4.13.1 4.13.2 4.14.0 4.14.1 4.14.2 4.14.3 4.14.4 4.14.5 4.14.6 4.2.0 4.2.1 4.3.0 4.3.1 4.3.2 4.4.0 4.5.0 4.6.1 4.7.0 4.7.1 4.8.0 4.8.1 4.9.0 trunk 1.9.0 2.0.0 2.0.1 2.0.2 2.0.3 2.0.4 2.0.5 2.0.6 2.0.7 2.1.0 2.1.1 2.1.2 2.1.3 2.1.4 2.1.5 2.1.6 2.1.7 2.1.8 2.10.0 2.10.1 2.10.2 2.10.3 2.10.4 2.11.0 2.11.1 2.11.2 2.11.3 2.12.0 2.12.1 2.12.2 2.12.3 2.13.0 2.13.1 2.13.2 2.13.3 2.13.4 2.14.0 2.15.0 2.16.0 2.16.1 2.17.0 2.17.1 2.17.3 2.18.0 2.18.1 2.19.1 2.19.2 2.19.3 2.19.4 2.19.5 2.19.6 2.19.7 2.19.8 2.2.0 2.2.1 2.2.2 2.2.3 2.2.4 2.2.5 2.2.6 2.20.0 2.20.1 2.20.2 2.21.0 2.21.1 2.21.2 2.21.3 2.21.4 2.22.0 2.22.1 2.22.2 2.22.3 2.23.0 2.23.1 2.23.2 2.24.0 2.24.1 2.24.2 2.25.0 2.25.1 2.25.2 2.25.3 2.26.0 2.27.0 2.27.1 2.27.2 2.27.3 2.28.0 2.29.0 2.29.1 2.29.2
give / vendor / fakerphp / faker / src / Faker / Provider / pl_PL / Text.php
give / vendor / fakerphp / faker / src / Faker / Provider / pl_PL Last commit date
Address.php 5 years ago Company.php 5 years ago Internet.php 5 years ago Payment.php 5 years ago Person.php 5 years ago PhoneNumber.php 5 years ago Text.php 5 years ago
Text.php
4811 lines
1 <?php
2
3 namespace Faker\Provider\pl_PL;
4
5 class Text extends \Faker\Provider\Text
6 {
7 /**
8 * The Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz
9 *
10 * Copyright laws are changing all over the world. Be sure to check the
11 * copyright laws for your country before downloading or redistributing
12 * this or any other Project Gutenberg eBook.
13 *
14 * This header should be the first thing seen when viewing this Project
15 * Gutenberg file. Please do not remove it. Do not change or edit the
16 * header without written permission.
17 *
18 * Please read the "legal small print," and other information about the
19 * eBook and Project Gutenberg at the bottom of this file. Included is
20 * important information about your specific rights and restrictions in
21 * how the file may be used. You can also find out about how to make a
22 * donation to Project Gutenberg, and how to get involved.
23 *
24 *
25 * **Welcome To The World of Free Plain Vanilla Electronic Texts**
26 *
27 * **eBooks Readable By Both Humans and By Computers, Since 1971**
28 *
29 * *****These eBooks Were Prepared By Thousands of Volunteers!*****
30 *
31 *
32 * Title: Sklepy cynamonowe
33 *
34 * Author: Bruno Schulz
35 *
36 * Release Date: May, 2005 [EBook #8119]
37 * [Yes, we are more than one year ahead of schedule]
38 * [This file was first posted on June 16, 2003]
39 *
40 * Edition: 10
41 *
42 * Language: Polish
43 *
44 * Character set encoding: Codepage 1250
45 *
46 * *** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***
47 *
48 *
49 *
50 *
51 * Produced by Pawel Sobkowiak - Scanned and proofread by
52 * Polska Biblioteka Internetowa
53 *
54 *
55 *
56 *
57 * BRUNO SCHULZ SKLEPY CYNAMONOWE
58 *
59 *
60 * Spis tresci:
61 *
62 * SIERPIEŃ NAWIEDZENIE PTAKI MANEKINY TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTÓRA
63 * KSIĘGA RODZAJU TRAKTAT O MANEKINACH Ci�
64 g dalszy TRAKTAT O MANEKINACH
65 * Dokończenie NEMROD PAN PAN KAROL SKLEPY CYNAMONOWE ULICA KROKODYLI
66 * KARAKONY WICHURA NOC WIELKIEGO SEZONU
67 *
68 * @see http://www.gutenberg.org/cache/epub/8119/pg8119.txt
69 * @var string
70 */
71 protected static $baseText = <<<'EOT'
72 SIERPIEŃ
73
74 1 W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matk�
75 i
76 starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiaj�
77 cych dni letnich.
78 Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której
79 wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia
80 mi�
81 ższ złotych gruszek. Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z
82 ognia dnia rozżagwionego, wysypuj�
83 c z koszyka barwn�
84 urodę słońca -
85 lśni�
86 ce, pełne wody pod przejrzyst�
87 skórk�
88 czereśnie, tajemnicze, czarne
89 wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w
90 których mi�
91 ższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej
92 poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe sił�
93 i pożywności�
94 płaty mięsa z
95 klawiatur�
96 żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i
97 meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i
98 jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim
99 i polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku
100 przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgaj�
101 cych
102 słojów powietrznych, kwadraty blasku śni�
103 ce żarliwy swój sen na
104 podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa,
105 trzy takty refrenu, granego gdzieś na fortepianie, wci�
106 ż na nowo,
107 mdlej�
108 ce w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia
109 głębokiego. Po sprz�
110 taniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwaj�
111 c
112 płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał
113 się cieniem, jakby pogr�
114 żony w światło głębi morskiej, jeszcze mętniej
115 odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach,
116 lekko faluj�
117 cych od marzeń południowej godziny. W sobotnie popołudnia
118 wychodziłem z matk�
119 na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w
120 słoneczn�
121 k�
122 piel dnia. Przechodnie, brodz�
123 c w złocie, mieli oczy
124 zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podci�
125 gnięta górna warga
126 odsłaniała im dzi�
127 sła i zęby. I wszyscy brodz�
128 cy w tym dniu złocistym
129 mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedn�
130 i
131 tę sam�
132 maskę - złot�
133 maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli
134 dziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety,
135 pozdrawiali się w przejściu t�
136 mask�
137 , namalowan�
138 grub�
139 , złot�
140 farb�
141 na
142 twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńsk�
143 maskę
144 kultu pogańskiego. Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu
145 gor�
146 cymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z
147 pustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami
148 szlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych
149 gobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektuj�
150 wicher, wzburzaj�
151 c
152 teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać
153 wytwomość wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra
154 szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały
155 się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,
156 rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje
157 dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijaj�
158 cy stare fasady z pleśni
159 tynku) obtłukiwały kłamliw�
160 glazurę, wydobywaj�
161 c z dnia na dzień
162 wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które
163 formowało je od wewn�
164 trz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu,
165 spały; balkony wyznawały niebu sw�
166 pustkę; otwarte sienie pachniały
167 chłodem i winem. Kupka obdartusów, ocalała w k�
168 cie rynku przed płomienn�
169
170 miotł�
171 upału, oblegała kawałek muru, doświadczaj�
172 c go wci�
173 ż na nowo
174 rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych kr�
175 żków
176 odczytać można było prawdziw�
177 tajemnicę muru, porysowanego hieroglifami
178 rys i pęknięć. Zreszt�
179 rynek był pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień
180 sklepion�
181 z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiej�
182 cych się akacyj
183 osiołek Samarytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze
184 troskliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłodnych
185 schodach wnieść ostrożnie na pachn�
186 ce szabasem piętro. Tak wędrowaliśmy
187 z matk�
188 przez dwie słoneczne strony rynku, wodz�
189 c nasze załamane cienie
190 po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijały powoli
191 pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami - jedne bladoróżowe jak skóra
192 ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe, aksamitne na
193 słońcu, jak jakieś twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki,
194 do błogiej nicości. Aż wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w
195 cień apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym
196 symbolizowała chłód balsamów, którym każde cierpienie mogło się tam
197 ukoić. I po paru jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal
198 decorum miasta, jak chłop, który wracaj�
199 c do wsi rodzimej, rozdziewa się
200 po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniaj�
201 c się powoli, w miarę
202 zbliżania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki tonęły
203 wraz z oknami, zapadnięte w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu małych
204 ogródków. Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie i cicho
205 wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, któr�
206 prześnić mogły
207 za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia. Ogromny
208 słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis,
209 czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginaj�
210 c się pod
211 przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i
212 perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swych
213 nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dla
214 wielkiej tragedii słonecznika.
215
216 2 Spl�
217 tany g�
218 szcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu
219 popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote
220 ściernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu
221 ognia wrzeszcz�
222 świerszcze; str�
223 ki nasion eksploduj�
224 cicho, jak koniki
225 polne. A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem,
226 jak gdyby ogród obrócił się we śnie na drug�
227 stronę i grube jego,
228 chłopskie bary oddychaj�
229 cisz�
230 ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna,
231 babska bujność sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych
232 łopuchów, rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymi
233 ozorami mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły
234 się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez własne oszalałe
235 spódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu,
236 śmierdz�
237 c�
238 mydłem, grub�
239 kaszę babek, dzik�
240 okowitę mięty i wszelk�
241
242 najgorsz�
243 tandetę sierpniow�
244 . Ale po drugiej stronie parkanu, za tym
245 matecznikiem lata, w którym rozrosła się głupota zidiociałych chwastów,
246 było śmietnisko zarosło dziko bodiakiem. Nikt nie wiedział, że tam
247 właśnie odprawiał sierpień tego lata swoj�
248 wielk�
249 pogańsk�
250 orgię. Na tym
251 śmietnisku, oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem, stało łóżko
252 skretyniałej dziewczyny Tłui. Tak nazywaliśmy j�
253 wszyscy. Na kupie
254 śmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stało
255 zielono pomalowane łóżko, podparte zamiast brakuj�
256 cej nogi dwiema
257 starymi cegłami. Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczałe od żaru, cięte
258 błyskawicami lśni�
259 cych much końskich, rozwścieczonych słońcem,
260 trzeszczało jak od nie widzianych grzechotek, podniecaj�
261 c do szału.
262 Tłuja siedzi przykucnięta wśród żółtej pościeli i szmat. Wielka jej
263 głowa jeży się wiechciem czarnych włosów. Twarz jej jest kurczliwa jak
264 miech harmonii. Co chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysi�
265 c
266 poprzecznych fałd, a zdziwienie rozci�
267 ga j�
268 z powrotem, wygładza fałdy,
269 odsłania szparki drobnych oczu i wilgotne dzi�
270 sła z żółtymi zębami pod
271 ryjowat�
272 , mięsist�
273 warg�
274 . Mijaj�
275 godziny pełne żaru i nudy, podczas
276 których Tłuja gaworzy półgłosem, drzemie, zrzędzi z cicha i chrz�
277 ka.
278 Muchy obsiadaj�
279 nieruchom�
280 gęstym rojem. Ale z nagła ta cała kupa
281 brudnych gałganów, szmat i strzępów zaczyna poruszać się, jakby ożywiona
282 chrobotem lęgn�
283 cych się w niej szczurów. Muchy budz�
284 się spłoszone i
285 podnosz�
286 wielkim, hucz�
287 cym rojem, pełnym wściekłego bzykania, błysków i
288 migotań. I podczas gdy gałgany zsypuj�
289 się na ziemię i rozbiegaj�
290 po
291 śmietnisku jak spłoszone szczury, wygrzebuje się z nich, odwija zwolna
292 j�
293 dro, wyłuszcza się rdzeń śmietniska: na wpół naga i ciemna kretynka
294 dźwiga się powoli i staje, podobna do bożka pogańskiego, na krótkich
295 dziecinnych nóżkach, a z napęczniałej napływem złości szyi, z
296 poczerwieniałej, ciemniej�
297 cej od gniewu twarzy, na której jak malowidła
298 barbarzyńskie wykwitaj�
299 arabeski nabrzmiałych żył, wyrywa się wrzask
300 zwierzęcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczałek
301 tej półzwierzęcej-półboskiej piersi. Bodiaki, spalone słońcem, krzycz�
302 ,
303 łopuchy puchn�
304 i pyszni�
305 się bezwstydnym mięsem, chwasty ślini�
306 się
307 błyszcz�
308 cym jadem, a kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji dzikiej
309 uderza mięsistym łonem z wściekł�
310 zapalczywości�
311 w pień bzu dzikiego,
312 który skrzypi cicho pod natarczywości�
313 tej rozpustnej chuci, zaklinany
314 całym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej płodności. Matka
315 Tłui wynajmuje się gospodyniom do szorowania podłóg. Jest to mała, żółta
316 jak szafran kobieta i szafranem zaprawia też podłogi, jodłowe stoły,
317 ławy i szlabany, które w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz zaprowadziła
318 mnie Adela do domu tej starej Maryśki. Była wczesna poranna godzina,
319 weszliśmy do małej izby niebiesko bielonej, z ubit�
320 polep�
321 glinian�
322 na
323 podłodze, na której leżało wczesne słońce, jaskrawożółte w tej ciszy
324 porannej, odmierzanej przeraźliwym szczękiem chłopskiego zegara na
325 ścianie. W skrzyni na słomie leżała głupia Maryśka, blada jak opłatek i
326 cicha jak rękawiczka, z której wysunęła się dłoń. I jakby korzystaj�
327 c z
328 jej snu, gadała cisza, żółta, jaskrawa, zła cisza, monologowała, kłóciła
329 się, wygadywała głośno i ordynarnie swój maniacki monolog. Czas Maryśki
330 - czas więziony w jej duszy, wyst�
331 pił z niej straszliwie rzeczywisty i
332 szedł samopas przez izbę, hałaśliwy, hucz�
333 cy, piekielny, rosn�
334 cy w
335 jaskrawym milczeniu poranka z głośnego młyna-zegara, jak zła m�
336 ka, sypka
337 m�
338 ka, głupia m�
339 ka wariatów.
340
341 3 W jednym z tych domków, otoczonym sztachetami br�
342 zowej barwy, ton�
343 cym
344 w bujnej zieleni ogródka, mieszkała ciotka Agata. Wchodz�
345 c do niej,
346 mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwi�
347 ce na tyczkach, różowe,
348 zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe świetlane i jasne
349 światy, jak te idealne i szczęśliwe obrazy zamknięte w niedościgłej
350 doskonałości baniek mydlanych. W półciemnej sieni ze starymi
351 oleodrukami, pożartymi przez pleśń i oślepłymi od starości,
352 odnajdowaliśmy znany nam zapach. W tej zaufanej starej woni mieściło się
353 w dziwnie prostej syntezie życie tych ludzi, alembik rasy, gatunek krwi
354 i sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ich
355 własnego, odrębnego czasu. Stare, m�
356 dre drzwi, których ciemne
357 westchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi, milcz�
358 cy świadkowie
359 wchodzenia i wychodzenia matki, córek i synów - otworzyły się bezgłośnie
360 jak odrzwia szafy i weszliśmy w ich życie. Siedzieli jakby w cieniu
361 swego losu i nie bronili się - w pierwszych niezręcznych gestach
362 wydalinam swoj�
363 tajemnicę. Czyż nie byliśmy krwi�
364 i losem spokrewnieni z
365 nimi? Pokój był ciemny i aksamitny od granatowych obić ze złotym
366 deseniem, lecz echo dnia płomiennego drgało i tutaj jeszcze mosi�
367 dzem na
368 ramach obrazów, na klamkach i listwach złotych, choć przepuszczone przez
369 gęst�
370 zieleń ogrodu. Spod ściany podniosła się ciotka Agata, wielka i
371 bujna, o mięsie okr�
372 głym i białym, centkowanym rud�
373 rdz�
374 piegów.
375 Przysiedliśmy się do nich, jakby na brzeg ich losu, zawstydzeni trochę
376 t�
377 bezbronności�
378 , z jak�
379 wydali się nam bez zastrzeżeń, i piliśmy wodę z
380 sokiem różanym, napój przedziwny, w którym znalazłem jakby najgłębsz�
381
382 esencję tej upalnej soboty. Ciotka narzekała. Był to zasadniczy ton jej
383 rozmów, głos tego mięsa białego i płodnego, bujaj�
384 cego już jakby poza
385 granicami osoby, zaledwie luźnie utrzymywanej w skupieniu, w więzach
386 formy indywidualnej, i nawet w tym skupieniu już zwielokrotnionej,
387 gotowej rozpaść się, rozgałęzić, rozsypać w rodzinę. Była to płodność
388 niemal samoródcza, kobiecość pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała.
389 Zdawało się, że sam aromat męskości, zapach dymu tytoniowego, dowcip
390 kawalerski mógł dać impuls tej zaognionej kobiecości do rozpustnego
391 dzieworództwa. I właściwie wszystkie jej skargi na męża, na służbę, jej
392 troski o dzieci były tylko kapryszeniem i d�
393 saniem się nie zaspokojonej
394 płodności, dalszym ci�
395 giem tej opryskliwej, gniewnej i płaczliwej
396 kokieterii, któr�
397 nadaremnie doświadczała męża. Wuj Marek, mały,
398 zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci, siedział w swym szarym
399 bankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w którym
400 zdawał się wypoczywać. W jego szarych oczach tlił się daleki żar ogrodu,
401 rozpięty w oknie. Czasem próbował słabym ruchem robić jakieś
402 zastrzeżenia, stawiać opór, ale fala samowystarczalnej kobiecości
403 odrzucała na bok ten gest bez znaczenia, przechodziła triumfalnie mimo
404 niego, zalewała szerokim swym strumieniem słabe podrygi męskości. Było
405 coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej, była
406 nędza kreatury walcz�
407 cej na granicy nicości i śmierci, był jakiś heroizm
408 kobiecości triumfuj�
409 cej urodzajności�
410 nawet nad kalectwem natury, nad
411 insuficjencj�
412 mężczyzny. Ale potomstwo ukazywało rację tej paniki
413 macierzyńskiej, tego szału rodzenia, który wyczerpywał się w płodach
414 nieudanych, w efemerycznej generacji fantomów bez krwi i twarzy. Weszła
415 Łucja, średnia, z głow�
416 nazbyt rozkwitł�
417 i dojrzał�
418 na dziecięcym i
419 pulchnym ciele o mięsie białym i delikatnym. Podała mi r�
420 czkę lalkowat�
421 ,
422 jakby dopiero p�
423 czkuj�
424 c�
425 , i zakwitła od razu cał�
426 twarz�
427 , jak piwonia
428 przelewaj�
429 ca się pełni�
430 różow�
431 . Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców,
432 które bezwstydnie mówiły o sekretach menstruacji, przymykała oczy i
433 płoniła się jeszcze bardziej pod dotknięciem najobojętniejszego pytania,
434 gdyż każde zawierało tajn�
435 aluzję do jej nadwrażliwego panieństwa. Emil,
436 najstarszy z kuzynów, z jasnoblond w�
437 sem, z twarz�
438 , z której życie zmyło
439 jakby wszelki wyraz, spacerował tam i z powrotem po pokoju, z rękami w
440 kieszeniach fałdzistych spodni. Jego strój elegancki i drogocenny nosił
441 piętno egzotycznych krajów, z których powrócił. Jego twarz, zwiędła i
442 zmętniała, zdawała się z dnia na dzień zapominać o sobie, stawać się
443 biał�
444 pust�
445 ścian�
446 z blad�
447 sieci�
448 żyłek, w których jak linie na zatartej
449 mapie pl�
450 tały się gasn�
451 ce wspomnienia tego burzliwego i zmarnowanego
452 życia. Był mistrzem sztuk karcianych, palił długie, szlachetne fajki i
453 pachniał dziwnie zapachem dalekich krajów. Z wzrokiem wędruj�
454 cym po
455 dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne anegdoty, które w pewnym punkcie
456 urywały się nagle, rozprzęgały i rozwiewały w nicość. Wodziłem za nim
457 tęsknym wzrokiem, pragn�
458 c, by zwrócił na mnie uwagę i wybawił mnie z
459 udręki nudów. I w samej rzeczy zdawało mi się, że mrugn�
460 ł na mnie
461 oczyma, wychodz�
462 c do drugiego pokoju. Pod�
463 żyłem za nim. Siedział nisko
464 na małej kozetce, z kolanami krzyżuj�
465 cymi się niemal na wysokości głowy,
466 łysej jak kula bilardowa. Zdawało się, że to ubranie samo leży,
467 fałdziste, zmięte, przerzucone przez fotel. Twarz jego była jak
468 tchnienie twarzy - smuga, któr�
469 nieznany przechodzień zostawił w
470 powietrzu. Trzymał w bladych, emaliowanych błękitnie dłoniach portfel, w
471 którym coś ogl�
472 dał. Z mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo
473 bladego oka, wabi�
474 c mnie figlarnym mruganiem. Czułem doń nieprzepart�
475
476 sympatię. Wzi�
477 ł mnie między kolana i tasuj�
478 c przed mymi oczyma wprawnymi
479 dłońmi fotografie, pokazywał wizerunki nagich kobiet i chłopców w
480 dziwnych pozycjach. Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te
481 delikatne ciała ludzkie dalekimi, niewidz�
482 cymi oczyma, gdy fluid
483 niejasnego wzburzenia, którym nagle zmętniało powietrze, doszedł do mnie
484 i zbiegł mię dreszczem niepokoju, fal�
485 nagłego zrozumienia. Ale
486 tymczasem ta mgiełka uśmiechu, która się zarysowała pod miękkim i
487 pięknym jego w�
488 sem, zawi�
489 zek poż�
490 dania, który napi�
491 ł się na jego
492 skroniach pulsuj�
493 c�
494 żył�
495 , natężenie trzymaj�
496 ce przez chwilę jego rysy w
497 skupieniu - upadły z powrotem w nicość i twarz odeszła w nieobecność,
498 zapomniała o sobie, rozwiała się,
499
500 NAWIEDZENIE 1 Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w
501 chroniczn�
502 szarość zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,
503 puszyst�
504 pleśni�
505 i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnych
506 dymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskie
507 bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złoty
508 jak ciemne piwo, ażeby potem zejść pod wielokrotnie rozczłonkowane,
509 fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy w
510 rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych fasadach,
511 które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ci�
512 głych omyłek.
513 Gdyż wszedłszy raz w niewłaściw�
514 sień na niewłaściwe schody, dostawało
515 się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,
516 niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o pocz�
517 tkowym
518 celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracaj�
519 c z manowców dziwnych i
520 spl�
521 tanych przygód, o jakimś szarym świcie przypomnieć sobie wśród
522 wyrzutów sumienia dom rodzinny. Pełne wielkich szaf, głębokich kanap,
523 bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze coraz
524 bardziej popadało w stan zaniedbania wskutek opieszałości matki,
525 przesiaduj�
526 cej w sklepie, i niedbalstwa smukłonogiej Adeli, która nie
527 nadzorowana przez nikogo, spędzała dnie przed lustrami na rozwlekłej
528 toalecie, zostawiaj�
529 c wszędzie ślady w postaci wyczesanych włosów,
530 grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów. Mieszkanie to nie
531 posiadało określonej liczby pokojów, gdyż nie pamiętano, ile z nich
532 wynajęte było obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem któr�
533 ś z
534 tych izb zapomnianych i znajdowano j�
535 pust�
536 ; lokator dawno się
537 wyprowadził, a w nietkniętych od miesięcy szufladach dokonywano
538 niespodzianych odkryć. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w
539 nocy budziły nas ich jęki, wydawane pod wpływem zmory sennej. W zimie
540 była jeszcze na dworze głucha noc, gdy ojciec schodził do tych zimnych i
541 ciemnych pokojów, płosz�
542 c przed sob�
543 świec�
544 stada cieni, ulatuj�
545 cych
546 bokami po podłodze i ścianach; szedł budzić ciężko chrapi�
547 cych z
548 twardego jak kamień snu. W świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali
549 się leniwie z brudnej pościeli, wystawiali, siadaj�
550 c na łóżkach, bose i
551 brzydkie nogi i z skarpetk�
552 w ręce oddawali się jeszcze przez chwilę
553 rozkoszy ziewania - ziewania przeci�
554 gniętego aż do lubieżności, do
555 bolesnego skurczu podniebienia, jak przy tęgich wymiotach. W k�
556 tach
557 siedziały nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione własnym cieniem,
558 którym obarczała każdego płon�
559 ca świeca i który nie odł�
560 czał się od nich
561 i wówczas, gdy któryś z tych płaskich, bezgłowych kadłubów z nagła
562 zaczynał biec niesamowitym, pajęczym biegiem. W tym czasie ojciec mój
563 zacz�
564 ł zapadać na zdrowiu. Bywało już w pierwszych tygodniach tej
565 wczesnej zimy, że spędzał dnie całe w łóżku, otoczony flaszkami,
566 pigułkami i księgami handlowymi, które mu przynoszono z kontuaru. Gorzki
567 zapach choroby osiadał na dnie pokoju, którego tapety gęstwiały
568 ciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodziła ze
569 sklepu, bywał podniecony i skłonny do sprzeczek, zarzucał jej
570 niedokładności w prowadzeniu rachunków, dostawał wypieków i zapalał się
571 do niepoczytalności. Pamiętam, iż raz, obudziwszy się ze snu późno w
572 nocy, ujrzałem go, jak w koszuli i boso biegał tam i z powrotem po
573 skórzanej kanapie, dokumentuj�
574 c w ten sposób sw�
575 irytację przed bezradn�
576
577 matk�
578 . W inne dni bywał spokojny i skupiony i pogr�
579 żał się zupełnie w
580 swych księgach, zabł�
581 kany głęboko w labiryntach zawiłych obliczeń. Widzę
582 go w świetle kopc�
583 cej lampy, przykucniętego wśród poduszek, pod wielkim
584 rzeźbionym nadgłowiem łóżka, z ogromnym cieniem od głowy na ścianie,
585 kiwaj�
586 cego się w bezgłośnej medytacji. Chwilami wynurzał głowę z tych
587 rachunków, jakby dla zaczerpnięcia tchu, otwierał usta, mlaskał z
588 niesmakiem językiem, który był suchy i gorzki, i rozgl�
589 dał się
590 bezradnie, jakby czegoś szukaj�
591 c. Wówczas bywało, że zbiegał po cichu z
592 łóżka w k�
593 t pokoju, pod ścianę, na której wisiał zaufany instrument. Był
594 to rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na
595 uncje i napełnionej ciemnym fluidem. Mój ojciec ł�
596 czył się z tym
597 instrumentem dług�
598 kiszk�
599 gumow�
600 , jakby kręt�
601 , bolesn�
602 pępowin�
603 , i tak
604 poł�
605 czony z żałosnym przyrz�
606 dem - nieruchomiał w skupieniu, a oczy jego
607 ciemniały, zaś na twarz przybladł�
608 występował wyraz cierpienia czy
609 jakiejś występnej rozkoszy. Potem znów przychodziły dni cichej skupionej
610 pracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedział w świetle
611 lampy stołowej, wśród poduszek wielkiego łoża, a pokój ogromniał gór�
612 w
613 cieniu umbry, który go ł�
614 czył z wielkim żywiołem nocy miejskiej za oknem
615 - czuł, nie patrz�
616 c, że przestrzeń obrasta go pulsuj�
617 c�
618 gęstwin�
619 tapet,
620 pełn�
621 szeptów, syków i seplenień. Słyszał, nie patrz�
622 c, tę zmowę pełn�
623
624 porozumiewawczych mrugnięć perskich oczu, rozwijaj�
625 cych się wśród
626 kwiatów małżowin usznych, które słuchały, i ciemnych ust, które się
627 uśmiechały. Wówczas pogr�
628 żał się pozornie jeszcze bardziej w pracę,
629 liczył i sumował, boj�
630 c się zdradzić ten gniew, który w nim wzbierał, i
631 walcz�
632 c z pokus�
633 , żeby z nagłym krzykiem nie rzucić się na oślep za
634 siebie i nie pochwycić pełnych garści tych kędzierzawych arabesek, tych
635 pęków oczu i uszu, które noc wyroiła ze siebie i które rosły i
636 zwielokrotniały się, wymajaczaj�
637 c coraz nowe pędy i odnogi z
638 macierzystego pępka ciemności. I uspokajał się dopiero, gdy z odpływem
639 nocy tapety więdły, zwijały się, gubiły liście i kwiaty i przerzedzały
640 się jesiennie, przepuszczaj�
641 c dalekie świtanie. Wtedy wśród świergotu
642 tapetowych ptaków, w żółtym zimowym świcie zasypiał na parę godzin
643 gęstym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawał się być pogr�
644 żonym
645 w zawiłych konto-korrentach - myśl jego zapuszczała się tajnie w
646 labirynty własnych wnętrzności. Wstrzymywał oddech i nasłuchiwał. I gdy
647 wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin, uspokajał go
648 uśmiechem. Nie wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia, te
649 propozycje, które nań napierały. Za dnia były to jakby rozumowania i
650 perswazje, długie, monotonne rozważania prowadzone półgłosem i pełne
651 humorystycznych interiudiów, filuternych przekomarzań. Ale noc�
652
653 podnosiły się te głosy namiętniej. Ż�
654 danie wracało coraz wyraźniej i
655 doniosłej i słyszeliśmy, jak rozmawiał z Bogiem, prosz�
656 c się jak gdyby i
657 wzbraniaj�
658 c przed czymś, co natarczywie ż�
659 dało i domagało się. Aż pewnej
660 nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie, ż�
661 daj�
662 c, aby mu dał
663 świadectwo usty i wnętrznościami swymi. I usłyszeliśmy, jak duch weń
664 wst�
665 pił, jak podnosi się z łóżka, długi i rosn�
666 cy gniewem proroczym,
667 dławi�
668 c się hałaśliwymi słowy, które wyrzucał jak mitralieza.
669 Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca, jęk tytana ze złamanym biodrem,
670 który jeszcze ur�
671 ga. Nie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu,
672 ale na widok tego męża, którego gniew boży obalił, rozkraczonego szeroko
673 na ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmur�
674
675 rozpaczliwych łamańców, nad którymi wyżej jeszcze unosił się głos jego,
676 obcy i twardy - zrozumiałem gniew boży świętych mężów. Był to dialog
677 groźny jak mowa piorunów. Łamańce rak jego rozrywały niebo na sztuki, a
678 w szczelinach ukazywała się twarz Jehowy, wzdęta gniewem i pluj�
679 ca
680 przekleństwa. Nie patrz�
681 c widziałem go, groźnego Demiurga, jak leż�
682 c na
683 ciemnościach jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na karniszu
684 firanek, przykładał ogromn�
685 twarz do górnych szyb okna, na których
686 płaszczył się potwornie mięsisty nos jego. Słyszałem jego głos w
687 przerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te potężne warknięcia
688 wzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszaj�
689 ce się z wybuchami
690 zaklęć, lamentów, gróźb mego ojca. Czasami głosy przycichały i zżymały
691 się z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały
692 wielkim zgiełkliwym hałasem, burz�
693 zmieszanych szlochów i przekleństw. Z
694 nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności wionęła
695 przez pokój. W świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej
696 bieliźnie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem w
697 okno zawartość nocnika w noc szumi�
698 c�
699 jak muszla. 2 Mój ojciec powoli
700 zanikał, wi�
701 dł w oczach. Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko
702 nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał z sob�
703 półgłosem, pogr�
704 żony
705 cały w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowość
706 jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźni, gdyż kłócił
707 się ze sob�
708 głośno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i
709 prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu
710 interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwości i swady
711 pogodzić. Ale za każdym razem te hałaśliwe zebrania, pełne gor�
712 cych
713 temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu, wśród kl�
714 tw, złorzeczeń i
715 obelg. Potem przyszedł okres jakiegoś uciszenia, ukojenia wewnętrznego,
716 błogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, na
717 stole, na podłodze i jakiś benedyktyński spokój pracy zalegał w świetle
718 lampy nad biał�
719 pościel�
720 łóżka, nad pochylon�
721 siw�
722 głow�
723 mego ojca. Ale
724 gdy matka późnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,
725 przywoływał j�
726 do siebie i z dum�
727 pokazywał jej świetne, kolorowe
728 odbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.
729 Zauważyliśmy wówczas wszyscy, że ojciec zacz�
730 ł z dnia na dzień maleć jak
731 orzech, który zsycha się wewn�
732 trz łupiny. Zanikowi temu nie towarzyszył
733 bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwość
734 zdawały się poprawiać. Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie,
735 zanosił się wprost od śmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie
736 „proszę” w różnych tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaził
737 z łóżka, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porz�
738 dkował coś
739 w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawiał sobie dwa
740 krzesła naprzeciw siebie i wspieraj�
741 c się rękami o poręcze, bujał się
742 nogami wstecz i naprzód, szukaj�
743 c rozpromienionymi oczyma w naszych
744 twarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził się
745 zupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie
746 sypialni, oblana ciemn�
747 purpur�
748 bengalskiego światła, i patrzyła przez
749 chwilę dobrotliwie na uśpionego głęboko, którego śpiewne chrapanie
750 zdawało się wędrować daleko po nieznanych obszarach światów sennych.
751 Podczas długich, półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec mój
752 zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami
753 zakamarki, szukaj�
754 c czegoś zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,
755 gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiała
756 długo wołać „Jakubie!” i stukać łyżk�
757 w stół, zanim wylazł z jakiejś
758 szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i
759 pogr�
760 żonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które go
761 zaprz�
762 tały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchom�
763 pozę
764 symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna
765 zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z
766 wzrokiem zamglonym i z min�
767 chytrze uśmiechnięt�
768 trwał godzinami, ażeby
769 z nagła przy czyimś wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać
770 jak kogut. Przestaliśmy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z
771 dnia na dzień głębiej wpl�
772 tywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych
773 potrzeb, nie przyjmuj�
774 c tygodniami pokarmu, pogr�
775 żał się z dniem każdym
776 głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliśmy
777 zrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próśb, odpowiadał
778 urywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewn�
779 trz
780 zm�
781 cić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z
782 wypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.
783 Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności, do jego cichego
784 gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego świegotu, którego
785 trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał
786 niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieś w zapadłych zakamarkach
787 mieszkania i nie można go było znaleźć. Stopniowo te zniknięcia
788 przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśmy do nich i kiedy po
789 wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, nie
790 zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliśmy po prostu brać go w
791 rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i co
792 rzeczywiste. Węzeł po węźle odluźniał się od nas, punkt po punkcie gubił
793 zwi�
794 zki ł�
795 cz�
796 ce go ze wspólnot�
797 ludzk�
798 . To, co jeszcze z niego
799 pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garść bezsensownych dziwactw
800 - mogły znikn�
801 ć pewnego dnia, tak samo nie zauważone jak szara kupka
802 śmieci, gromadz�
803 ca się w k�
804 cie, któr�
805 Adela co dzień wynosiła na
806 śmietnik.
807
808 PTAKI Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudział�
809 ziemię pokrywał
810 dziurawy, przetarty, za krótki obrus śniegu. Na wiele dachów nie
811 starczyło go i stały czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryj�
812 ce
813 w sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zwęglone katedry,
814 najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów - ciemne płuca wichrów
815 zimowych. Każdy świt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy,
816 wydęte przez wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.
817 Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywych
818 czarnych liści obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod kościołem, odrywały
819 się znów, trzepoc�
820 c, by wreszcie przylgn�
821 ć, każda do właściwego miejsca
822 na właściwej gałęzi, a o świcie ulatywały wielkimi stadami - tumany
823 sadzy, płatki kopciu, faluj�
824 ce i fantastyczne, plami�
825 c migotliwym
826 krakaniem mętnożółte smugi świtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jak
827 zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami, bez apetytu,
828 z leniw�
829 senności�
830 . Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach,
831 studiował nigdy niezgłębion�
832 istotę ognia, wyczuwał słony, metaliczny
833 posmak i wędzony zapach zimowych płomieni, chłodn�
834 pieszczotę
835 salamander, liż�
836 cych błyszcz�
837 c�
838 sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniem
839 wykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach
840 pokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na
841 szczycie drabiny - majstrował coś przy suficie, przy kamiszach wysokich
842 okien, przy kulach i łańcuchach lamp wisz�
843 cych. Zwyczajem malarzy
844 posługiwał się drabin�
845 jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tej
846 ptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptaków
847 sufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej. Gdy
848 matka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu, starała się go
849 wci�
850 gn�
851 ć w rozmowę o interesach, o płatnościach najbliższego „ultimo”,
852 słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej
853 twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle zaklinaj�
854 cym gestem ręki, ażeby
855 pobiec w k�
856 t pokoju, przylgn�
857 ć uchem do szpary w podłodze i z
858 podniesionymi palcami wskazuj�
859 cymi obu r�
860 k, wyrażaj�
861 cymi najwyższ�
862
863 ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliśmy wówczas jeszcze smutnego
864 tła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w głębi.
865 Matka nie miała nań żadnego wpływu, natomiast wielk�
866 czci�
867 i uwag�
868
869 darzył Adelę. Sprz�
870 tanie pokoju było dlań wielk�
871 i ważn�
872 ceremoni�
873 ,
874 której nie zaniedbywał nigdy być świadkiem, śledz�
875 c z mieszanin�
876 strachu
877 i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jej
878 czynnościom przypisywał głębsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczyna
879 młodymi i śmiałymi ruchami posuwała szczotkę na długim dr�
880 żku po
881 podłodze, było to niemal ponad jego siły. Z oczu jego lały się wówczas
882 łzy, twarz zanosiła się od cichego śmiechu, a ciałem wstrz�
883 sał rozkoszny
884 spazm orgazmu. Jego wrażliwość na łaskotki dochodziła do szaleństwa.
885 Wystarczyło, by Adela skierowała doń palec ruchem oznaczaj�
886 cym
887 łaskotanie, a już w dzikim popłochu uciekał przez wszystkie pokoje,
888 zatrzaskuj�
889 c za sob�
890 drzwi, by wreszcie w ostatnim paść brzuchem na
891 łóżko i wić się w konwulsjach śmiechu pod wpływem samego obrazu
892 wewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć. Dzięki temu miała Adela nad
893 ojcem władzę niemal nieograniczon�
894 . W tym to czasie zauważyliśmy u ojca
895 po raz pierwszy namiętne zainteresowanie dla zwierz�
896 t. Była to
897 pocz�
898 tkowo namiętność myśliwego i artysty zarazem, była może także
899 głębsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennych
900 form życia, eksperymentowanie w nie wypróbowanych rejestrach bytu.
901 Dopiero w późniejszej fazie wzięła sprawa ten niesamowity, zapl�
902 tany,
903 głęboko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywlekać
904 na światło dzienne. Zaczęło się to od wylęgania jaj ptasich. Z wielkim
905 nakładem trudu i pieniędzy sprowadzał ojciec z Hamburga, z Holandii, z
906 afrykańskich stacji zoologicznych zapłodnione jaja ptasie, które dawał
907 do wylęgania ogromnym kurom belgijskim. Był to proceder nader zajmuj�
908 cy
909 i dla mnie - to wykluwanie się piskl�
910 t, prawdziwych dziwotworów w
911 kształcie i ubarwieniu. Nie podobna było dopatrzyć się w tych monstrach
912 o ogromnych, fantastycznych dziobach, które natychmiast po urodzeniu
913 rozdzierały się szeroko, sycz�
914 c żarłocznie czeluściami gardła, w tych
915 jaszczurach o w�
916 tłym, nagim ciele garbusów - przyszłych pawi, bażantów,
917 głuszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiot
918 podnosił na cienkich szyjach ślepe, bielmem zarosle głowy, kwacz�
919 c
920 bezgłośnie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodził wzdłuż półek w
921 zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdłuż inspektów z kaktusami, i wywabiał
922 z nicości te pęcherze ślepe, pulsuj�
923 ce życiem, te niedołężne brzuchy,
924 przyjmuj�
925 ce świat zewnętrzny tylko w formie jedzenia, te narośle życia,
926 pn�
927 ce się omackiem ku światłu. W parę tygodni później, gdy te ślepe
928 p�
929 czki życia pękły do światła, napełniły się pokoje kolorowym pogwarem,
930 migotliwym świergotem swych nowych mieszkańców. Obsiadały one karnisze
931 firanek, gzymsy szaf, gnieździły się w gęstwinie cynowych gałęzi i
932 arabesek wieloramiennych lamp wisz�
933 cych. Gdy ojciec studiował wielkie
934 ornitologiczne kompendia i wertował kolorowe tablice, zdawały się
935 ulatywać z nich te pierzaste fantazmaty i napełniać pokój kolorowym
936 trzepotem, płatami purpury, strzępami szafiru, grynszpanu i srebra.
937 Podczas karmienia tworzyły one na podłodze barwn�
938 , faluj�
939 c�
940 grz�
941 dkę,
942 dywan żywy, który za czyimś niebacznym wejściem rozpadał się, rozlatywał
943 w ruchome kwiaty, trzepoc�
944 ce w powietrzu, aby w końcu rozmieścić się w
945 górnych regionach pokoju. W pamięci pozostał mi szczególnie jeden
946 kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybujałej
947 naroślami. Był to chudy asceta, lama buddyjski, pełen niewzruszonej
948 godności w całym zachowaniu, kieruj�
949 cy się żelaznym ceremoniałem swego
950 wielkiego rodu. Gdy siedział naprzeciw ojca, nieruchomy w swej
951 monumentalnej pozycji odwiecznych bóstw egipskich, z okiem zawleczonym
952 białawym bielmem, które zasuwał z boku na źrenice, ażeby zamkn�
953 ć się
954 zupełnie w kontemplacji swej dostojnej samotności - wydawał się ze swym
955 kamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia ciała,
956 ścięgien i pomarszczonej twardej skóry, ta sama twarz wyschła i
957 koścista, te same zrogowaciałe, głębokie oczodoły. Nawet ręce, silne w
958 węzłach, długie, chude dłonie ojca, z wypukłymi paznokciami, miały swój
959 analogon w szponach kondora. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, widz�
960 c go
961 tak uśpionego, że mam przed sob�
962 mumię - wyschł�
963 i dlatego pomniejszon�
964
965 mumię mego ojca. S�
966 dzę, że i uwagi matki nie uszło to przedziwne
967 podobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliśmy tego tematu.
968 Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim ojcem naczynia
969 nocnego. Nie poprzestaj�
970 c na wylęganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec
971 mój urz�
972 dzał na strychu wesela ptasie, wysyłał swatów, uwi�
973 zywał w
974 lukach i dziurach strychu ponętne, stęsknione narzeczone i osi�
975 gn�
976 ł w
977 samej rzeczy to, że dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy,
978 stał się prawdziw�
979 gospod�
980 ptasi�
981 , ark�
982 Noego, do której zlatywały się
983 wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet długo po
984 zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywała się w świecie ptasim ta
985 tradycja naszego domu i w okresie wiosennych wędrówek spadały nieraz na
986 nasz dach całe chmary żurawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.
987 Impreza ta wzięła jednak niebawem - po krótkiej świetności - smutny
988 obrót. Wkrótce okazała się bowiem konieczna translokacja ojca do dwóch
989 pokojów na poddaszu, które służyły za rupieciarnie. Stamt�
990 d dochodził
991 już o wczesnym świcie zmieszany klangor głosów ptasich. Drewniane pudła
992 pokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,
993 dźwięczały całe od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak
994 straciliśmy ojca z widoku na przeci�
995 g kilku tygodni. Rzadko tylko
996 schodził do mieszkania i wtedy mogliśmy zauważyć, że zmniejszył się
997 jakoby, schudł i skurczył. Niekiedy przez zapomnienie zrywał się z
998 krzesła przy stole i trzepi�
999 c rękoma jak skrzydłami, wydawał pianie
1000 przeci�
1001 głe, a oczy zachodziły mu mgł�
1002 bielma. Potem, zawstydzony, śmiał
1003 się razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart. Pewnego razu
1004 w okresie generalnych porz�
1005 dków zjawiła się niespodzianie Adela w
1006 państwie ptasim ojca. Stan�
1007 wszy we drzwiach, załamała ręce nad fetorem,
1008 który się unosił w powietrzu, oraz nad kupami kału, zalegaj�
1009 cego
1010 podłogi, stoły i meble. Szybko zdecydowana otworzyła okno, po czym przy
1011 pomocy długiej szczotki wprawiła cał�
1012 masę ptasi�
1013 w wirowanie. Wzbił się
1014 piekielny tuman piór, skrzydeł i krzyku, w którym Adela, podobna do
1015 szalej�
1016 cej Menady, zakrytej młyńcem swego tyrsu, tańczyła taniec
1017 zniszczenia. Razem z ptasi�
1018 gromad�
1019 ojciec mój, trzepi�
1020 c rękoma, w
1021 przerażeniu próbował wznieść się w powietrze. Zwolna przerzedzał się
1022 tuman skrzydlaty, aż w końcu na pobojowisku została sama Adela,
1023 wyczerpana, dysz�
1024 ca, oraz mój ojciec z min�
1025 zafrasowan�
1026 i zawstydzon�
1027 ,
1028 gotów do przyjęcia każdej kapitulacji. W chwilę później schodził mój
1029 ojciec ze schodów swojego dominium - człowiek złamany, król-banita,
1030 który stracił tron i królowanie.
1031
1032 MANEKINY Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości,
1033 ostatnim i świetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawny
1034 improwizator, ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopy
1035 jałowej i pustej zimy. Dziś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z
1036 jakim sam jeden wydał on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy drętwi�
1037 cej
1038 miasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony
1039 bronił ten m�
1040 ż przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownym
1041 młynem, w którego leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jego
1042 trybach zakwitn�
1043 ć wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale
1044 przywykli do świetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,
1045 byliśmy skłonni zapoznawać wartość jego suwerennej magii, która nas
1046 ratowała od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzut
1047 za jej bezmyślny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśmy jakieś niskie
1048 zadowolenie, haniebn�
1049 satysfakcję z ukrócenia tych wybujałości, których
1050 kosztowaliśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie od
1051 odpowiedzialności za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon w
1052 stronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliśmy niejasno jak�
1053 ś misje i
1054 posłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał się
1055 ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpad
1056 oddał w ręce wroga domenę swej byłej świetności. Dobrowolny banita
1057 usun�
1058 ł się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam
1059 samotności�
1060 . Zapomnieliśmy o nim. Obiegła nas znowu ze wszech stron
1061 żałobna szarość miasta, zakwitaj�
1062 c w oknach ciemnym liszajem świtów,
1063 pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastaj�
1064 cym się w puszyste futro
1065 długich nocy zimowych. Tapety pokojów, rozluźnione błogo za tamtych dni
1066 i otwarte dla kolorowych lotów owej skrzydlatej czeredy, zamknęły się
1067 znów w sobie, zgęstniały pl�
1068 cz�
1069 c się w monotonii gorzkich monologów.
1070 Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały teraz
1071 osowiałe i zgryźliwe, dzwoni�
1072 c cicho kryształkami szkiełek, gdy ktoś
1073 przeprawiał się omackiem przez zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła Adela
1074 we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe świece, nieudolny surogat, blade
1075 wspomnienie świetnych iluminacji, którymi kwitły niedawno wisz�
1076 ce ich
1077 ogrody. Ach! gdzie było to świegotliwe p�
1078 czkowanie, to owocowanie
1079 pośpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których jak z
1080 pękaj�
1081 cych czarodziejskich tortów ulatywały skrzydlate fantazmaty,
1082 rozbijaj�
1083 ce powietrze na talie kart magicznych, rozsypuj�
1084 c je w kolorowe
1085 oklaski, sypi�
1086 ce się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,
1087 metalicznych połysków, rysuj�
1088 c w powietrzu linie i arabeski, migotliwe
1089 ślady lotów i kołowań, rozwijaj�
1090 c kolorowe wachlarze trzepotów,
1091 utrzymuj�
1092 ce się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze,
1093 Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwości
1094 barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doświadczał
1095 świdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiem
1096 dziwnej senności. Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościel�
1097
1098 zmięt�
1099 i wytarzan�
1100 od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do
1101 odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnej
1102 Wenecji. O głuchym świcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliśmy się
1103 leniwie w zimnych pokojach, przy świetle świecy odbitej wielokrotnie w
1104 czar-nych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krz�
1105 tania się,
1106 rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu
1107 słychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,
1108 brali z r�
1109 k matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęst�
1110 , wiruj�
1111 c�
1112
1113 ciemność. Matka nie mogła dojść do ładu z toalet�
1114 . Świece dogasały w
1115 lichtarzu. Adela przepadała gdzieś w odległych pokojach lub na strychu,
1116 gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młody
1117 jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszcz�
1118 ce narośle
1119 sadzy w gardzieli komina. Świeca gasła, pokój pogr�
1120 żał się w ciemności.
1121 Z głowami na obrusie stołu, wśród resztek śniadania zasypialiśmy na wpół
1122 ubrani. Leż�
1123 c twarzami na futrzanym brzuchu ciemności, odpływaliśmy na
1124 jego falistym oddechu w bezgwiezdn�
1125 nicość. Budziło nas głośne
1126 sprz�
1127 tanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toalet�
1128 . Nim skończyła
1129 czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolor
1130 złotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnych
1131 bursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Ale
1132 szczęśliwy moment mijał, amalgamat świtu przekwitał, wezbrany ferment
1133 dnia, już niemal dościgły, opadał z powrotem w bezsiln�
1134 szarość.
1135 Zasiadaliśmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagle
1136 proza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,
1137 dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisek
1138 z ryb�
1139 w szklistej galarecie, dwie duże ryby leż�
1140 ce bok przy boku, głow�
1141
1142 do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliśmy w nich herb owego dnia,
1143 emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliśmy go
1144 pospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim sw�
1145
1146 fizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powag�
1147
1148 kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy
1149 wytarli bułk�
1150 ostatek galarety ze swych talerzy, rozważaj�
1151 c w myśli
1152 heraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z
1153 wygotowanymi oczyma - czuliśmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami
1154 pokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy z
1155 reszt�
1156 t�
1157 , wydan�
1158 na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich
1159 ceregieli. Wśród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z
1160 energi�
1161 tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na
1162 otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.
1163 Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się w niej z
1164 rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokoju
1165 milcz�
1166 ca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarn�
1167 drewnian�
1168
1169 gałk�
1170 zamiast głowy. Ale ustawiona w k�
1171 cie, między drzwiami a piecem, ta
1172 cicha dama stawała się pani�
1173 sytuacji. Ze swego k�
1174 ta, stoj�
1175 c nieruchomo,
1176 nadzorowała w milczeniu pracę dziewcz�
1177 t. Pełna krytycyzmu i niełaski
1178 przyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed ni�
1179 ,
1180 przymierzaj�
1181 c fragmenty sukni, znaczone biał�
1182 fastryg�
1183 . Obsługiwały z
1184 uwag�
1185 i cierpliwości�
1186 milcz�
1187 cy idol, którego nic zadowolić nie mogło.
1188 Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafi�
1189 , i
1190 odsyłał je wci�
1191 ż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,
1192 podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i tak
1193 ruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad t�
1194 kup�
1195 jedwabiu i
1196 sukna, wcinały się szczękaj�
1197 cymi nożycami w jej kolorow�
1198 masę, furkotały
1199 maszyn�
1200 , depc�
1201 c pedał lakierkow�
1202 , tani�
1203 nóżk�
1204 , a dookoła nich rosła kupa
1205 odpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewy
1206 dookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożyc
1207 otwierały się ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptaków.
1208 Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodz�
1209 c
1210 nieświadomie niby w śmietniku możliwego jakiegoś karnawału, w rupieciami
1211 jakiejś wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepywały się ze
1212 szmatek z nerwowym śmiechem, łaskotały oczyma zwierciadła. Ich dusze,
1213 szybkie czarodziejstwo ich r�
1214 k było nie w nudnych sukniach, które
1215 zostawały na stole, ale w tych setkach odstrzygnięć, w tych wiórach
1216 lekkomyślnych i płochych, którymi zasypać mogły cale miasto, jak
1217 kolorow�
1218 fantastyczn�
1219 śnieżyc�
1220 . Nagle było im gor�
1221 co i otwierały okno,
1222 ażeby w niecierpliwości swej samotni, w głodzie obcych twarzy,
1223 przynajmniej bezimienn�
1224 twarz zobaczyć, do okna przyciśnięt�
1225 . Wachlowały
1226 rozpalone swe policzki przed wzbieraj�
1227 c�
1228 firankami noc�
1229 zimow�
1230 -
1231 odsłaniały płon�
1232 ce dekolty, pełne nienawiści do siebie i rywalizacji,
1233 gotowe stan�
1234 ć do walki o tego pierrota, którego by ciemny powiew nocy
1235 przywiał na okno. Ach! jak mało wymagały one od rzeczywistości. Miały
1236 wszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byłby im
1237 wystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa słowa, na które od
1238 dawna czekały, by móc wpaść w sw�
1239 rolę dawno przygotowan�
1240 , z dawna
1241 tłocz�
1242 c�
1243 się na usta, pełn�
1244 słodkiej i strasznej goryczy, ponosz�
1245 c�
1246
1247 dziko, jak stronice romansu połykane noc�
1248 wraz ze łzami ronionymi na
1249 wypieki lic. Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,
1250 przedsiębranych pod nieobecność Adeli, natkn�
1251 ł się mój ojciec na ten
1252 cichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległego
1253 pokoju, z lamp�
1254 w ręku, oczarowany scen�
1255 pełn�
1256 gor�
1257 czki i wypieków, t�
1258
1259 idyll�
1260 z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełne
1261 znaczenia podłożona była noc zimowa, oddychaj�
1262 ca wśród wzdętych firanek
1263 okna. Nakładaj�
1264 c okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoła
1265 dziewczęta, oświecaj�
1266 c je podniesion�
1267 w ręku lamp�
1268 . Przeci�
1269 g z otwartych
1270 drzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się ogl�
1271 dać, kręc�
1272 c się w
1273 biodrach, polśniewaj�
1274 c emali�
1275 oczu, lakiem skrzypi�
1276 cych pantofelków,
1277 sprz�
1278 czkami podwi�
1279 zek pod wzdęt�
1280 od wiatru sukienk�
1281 ; szmatki jęły umykać
1282 po podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec
1283 mój przygl�
1284 dał się uważnie prychaj�
1285 cym osóbkom, szepc�
1286 c półgłosem: -
1287 Genus avium... jeśli się nie mylę, scansores albo pistacci... w
1288 najwyższym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stało się
1289 pocz�
1290 tkiem całej serii seansów, podczas których ojciec mój zdołał rychło
1291 oczarować obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistości. Odpłacaj�
1292 c
1293 się za pełn�
1294 galanterii i dowcipu konwersację, któr�
1295 zapełniał im pustkę
1296 wieczorów - dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiować
1297 strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w toku
1298 konwersacji, z powag�
1299 i wytworności�
1300 , która najryzykowniejszym punktom
1301 tych badań odbierała dwuznaczny ich pozór. Odsuwaj�
1302 c pończoszkę z kolana
1303 Pauliny i studiuj�
1304 c rozmiłowanymi oczyma zwięzł�
1305 i szlachetn�
1306
1307 konstrukcję przegubu, ojciec mój mówił: - Jakże pełna uroku i jak
1308 szczęśliwa jest forma bytu, któr�
1309 panie obrały. Jakże piękna i prosta
1310 jest teza, któr�
1311 dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakim
1312 mistrzostwem, z jak�
1313 finezj�
1314 wywi�
1315 zuj�
1316 się panie z tego zadania. Gdybym
1317 odrzucaj�
1318 c respekt przed Stwórc�
1319 , chciał się zabawić w krytykę
1320 stworzenia, wołałbym: - mniej treści, więcej formy! Ach, jakby ulżył
1321 światu ten ubytek treści. Więcej skromności w zamierzeniach, więcej
1322 wstrzemięźliwości w pretensjach - panowie demiurdzy - a świat byłby
1323 doskonalszy! - wołał mój ojciec akurat w momencie, gdy dłoń jego
1324 wyłuskiwała biał�
1325 łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adela
1326 stanęła w otwartych drzwiach jadalni, nios�
1327 c tacę z podwieczorkiem. Było
1328 to pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy.
1329 My wszyscy, którzy asystowaliśmy przy tym spotkaniu, przeżyliśmy chwilę
1330 wielkiej trwogi. Było nam nadwyraz przykro być świadkami nowego
1331 upokorzenia i tak już ciężko doświadczonego męża. Mój ojciec powstał z
1332 klęczek bardzo zmieszany, fal�
1333 po fali zabarwiała się jego twarz coraz
1334 ciemniej napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie na
1335 wysokości sytuacji. Podeszła z uśmiechem do ojca i dała mu prztyczka w
1336 nos. Na to hasło Polda i Paulina klasnęły rado-śnie w dłonie, zatupotały
1337 nóżkami i uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nim
1338 stół dookoła. W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcz�
1339 t, rozwiał się
1340 zarodek przykrego konfliktu w ogólnej wesołości. Oto jest pocz�
1341 tek
1342 wielce ciekawych i dziwnych prelekcji, które mój ojciec, natchniony
1343 urokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał w następnych
1344 tygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetknięciu z
1345 niezwykłym tym człowiekiem rzeczy wszystkie cofały się niejako do
1346 korzenia swego bytu, odbudowywały swe zjawisko aż do metafizycznego
1347 j�
1348 dra, wracały niejako do pierwotnej idei, ażeby w tym punkcie
1349 sprzeniewierzyć się jej i przechylić w te w�
1350 tpliwe, ryzykowne i
1351 dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji.
1352 Nasz herezjarcha szedł wśród rzeczy jak magnetyzer, zarażaj�
1353 c je i
1354 uwodz�
1355 c swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jego
1356 ofiar�
1357 ? Stała się ona w owych dniach jego uczennic�
1358 , adeptk�
1359 jego
1360 teoryj, modelem jego eksperymentów. Tutaj postaram się wyłożyć z
1361 należyt�
1362 ostrożności�
1363 , i unikaj�
1364 c zgorszenia, tę nader kacersk�
1365
1366 doktrynę, która opętała wówczas na długie miesi�
1367 ce mego ojca i opanowała
1368 wszystkie jego poczynania.
1369
1370 TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTÓRA KSIĘGA RODZAJU Demiurgos - mówił mój
1371 ojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem
1372 wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność,
1373 niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci
1374 do formowania. W głębi materii kształtuj�
1375 się niewyraźne uśmiechy,
1376 zawi�
1377 zuj�
1378 się napięcia, zgęszczaj�
1379 się próby kształtów. Cała materia
1380 faluje od nieskończonych możliwości, które przez ni�
1381 przechodz�
1382 mdłymi
1383 dreszczami. Czekaj�
1384 c na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w
1385 sobie bez końca, kusi tysi�
1386 cem słodkich okr�
1387 glizn i miękkości, które z
1388 siebie w ślepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy,
1389 lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich
1390 impulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego
1391 rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i
1392 w�
1393 tpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejsz�
1394 i
1395 najbezbronniejsz�
1396 istot�
1397 w kosmosie. Każdy może j�
1398 ugniatać, formować,
1399 każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii s�
1400 nietrwałe i
1401 luźne, łatwe do uwstecznienia i rozwi�
1402 zania. Nie ma żadnego zła w
1403 redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem.
1404 Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form
1405 bytu, które przestały być zajmuj�
1406 ce. W interesie ciekawego i ważnego
1407 eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dla
1408 nowej apologii sadyzmu. Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tego
1409 przedziwnego elementu, jakim była materia. - Nie ma materii martwej -
1410 nauczał - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywaj�
1411 się nieznane
1412 formy życia. Skala tych form jest nieskończona, a odcienie i niuanse
1413 niewyczerpane. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept
1414 twórczych. Dzięki nim stworzył on mnogość rodzajów, odnawiaj�
1415 cych się
1416 własn�
1417 sił�
1418 . Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostan�
1419
1420 zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśliby nawet te
1421 klasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne,
1422 pozostaj�
1423 pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich i
1424 występnych. W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżał
1425 się do terenu swych ciaśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się do
1426 wnikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, a
1427 wyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej w�
1428 tpliwych i
1429 ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznej
1430 solenności. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrość
1431 jego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się t�
1432
1433 chytrości�
1434 w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenia
1435 najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykaj�
1436 ce się
1437 w najgłębszym zakamarku, przypierał do ściany i łaskotał, drapał
1438 ironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i śmiechu,
1439 śmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało się
1440 kapitulować. Dziewczęta siedziały nieruchomo, lampa kopciła, sukno pod
1441 igł�
1442 maszyny dawno się zsunęło, a maszyna stukotała pusto, stębnuj�
1443 c
1444 czarne, bezgwiezdne sukno, odwijaj�
1445 ce się z postawu nocy zimowej za
1446 oknem. - Zbyt długo żyliśmy pod terrorem niedościgłej doskonałości
1447 Demiurga - mówił mój ojciec - zbyt długo doskonałość jego tworu
1448 paraliżowała nasz�
1449 własn�
1450 twórczość. Nie chcemy z nim konkurować. Nie
1451 mamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższej
1452 sferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej,
1453 pragniemy - jednym słowem - demiurgii. - Nie wiem, w czyim imieniu
1454 proklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowość, jaka korporacja,
1455 sekta czy zakon, nadawała sw�
1456 solidarności�
1457 patos jego słowom. Co do
1458 nas, to byliśmy dalecy od wszelkich zakusów demłurgicznych. Lecz ojciec
1459 mój rozwin�
1460 ł tymczasem program tej wtórej demiurgii, obraz tej drugiej
1461 generacji stworzeń, która stan�
1462 ć miała w otwartej opozycji do panuj�
1463 cej
1464 epoki. - Nie zależy nam - mówił on - na tworach o długim oddechu, na
1465 istotach na dalek�
1466 metę. Nasze kreatury nie będ�
1467 bohaterami romansów w
1468 wielu tomach. Ich role będ�
1469 krótkie, lapidarne, ich charaktery - bez
1470 dalszych planów. Często dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmiemy
1471 się trudu powołania ich do życia na tę jedn�
1472 chwilę. Przyznajemy
1473 otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałość ani solidność
1474 wykonania, twory nasze będ�
1475 jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz
1476 zrobione. Jeśli będ�
1477 to ludzie, to damy im na przykład tylko jedn�
1478
1479 stronę twarzy, jedn�
1480 rękę, jedn�
1481 nogę, tę mianowicie, która im będzie w
1482 ich roli potrzebna. Byłoby pedanteri�
1483 troszczyć się o ich drug�
1484 , nie
1485 wchodz�
1486 c�
1487 w grę nogę. Z tyłu mog�
1488 być po prostu zaszyte płótnem lub
1489 pobielone. Nasz�
1490 ambicję pokładać będziemy w tej dumnej dewizie: dla
1491 każdego gestu inny aktor. Do obsługi każdego słowa, każdego czynu
1492 powołamy do życia innego człowieka. Taki jest nasz smak, to będzie świat
1493 według naszego gustu. Demiurgos kochał się w wytrawnych, doskonałych i
1494 skomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostu
1495 porywa nas, zachwyca taniość, lichota, tandetność materiału. Czy
1496 rozumiecie - pytał mój ojciec - głęboki sens tej słabości, tej pasji do
1497 pstrej bibułki, do papier mâ ché , do lakowej farby, do kłaków i
1498 trociny? To jest - mówił z bolesnym uśmiechem - nasza miłość do materii
1499 jako takiej, do jej puszystości i porowatości, do jej jedynej,
1500 mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyni
1501 j�
1502 niewidzialn�
1503 , każe jej znikn�
1504 ć pod gr�
1505 życia. My, przeciwnie, kochamy
1506 jej zgrzyt, jej oporność, jej pałubiast�
1507 niezgrabność. Lubimy pod każdym
1508 gestem, pod każdym ruchem widzieć jej ociężały wysiłek, jej bezwład, jej
1509 słodk�
1510 niedźwiedziowatość. Dziewczęta siedziały nieruchomo z szklanymi
1511 oczyma. Twarze ich były wyci�
1512 gnięte i zgłupiałe zasłuchaniem, policzki
1513 podmalowane wypiekami, trudno było w tej chwili ocenić, czy należ�
1514 do
1515 pierwszej, czy do drugiej generacji stworzenia. - Słowem - konkludował
1516 mój ojciec - chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i
1517 podobieństwo manekinu. Tu musimy dla wierności sprawozdawczej opisać
1518 pewien drobny i błahy incydent, który zaszedł w tym punkcie prelekcji i
1519 do którego nie przywi�
1520 zujemy żadnej wagi. Incydent ten, całkowicie
1521 niezrozumiały i bezsensowny w tym danym szeregu zdarzeń, da się chyba
1522 wytłumaczyć jako pewnego rodzaju automatyzm szcz�
1523 tkowy, bez antecedensów
1524 i bez ci�
1525 głości, jako pewnego rodzaju złośliwość obiektu, przeniesiona w
1526 dziedzinę psychiczn�
1527 . Radzimy czytelnikowi zignorować go z równ�
1528
1529 lekkomyślności�
1530 , jak my to czynimy. Oto jego przebieg: W chwili gdy mój
1531 ojciec wymawiał słowo „manekin”, Adela spojrzała na zegarek na
1532 bransoletce, po czym porozumiała się spojrzeniem z Pold�
1533 . Teraz wysunęła
1534 się wraz z krzesłem o piędź naprzód, podniosła brzeg sukni, wystawiła
1535 powoli stopę, opięt�
1536 w czarny jedwab, i wyprężyła j�
1537 jak pyszczek węża.
1538 Tak siedziała przez cały czas tej sceny, całkiem sztywno, z wielkimi,
1539 trzepocz�
1540 cymi oczyma, pogłębionymi lazurem atropiny, z Pold�
1541 i Paulina
1542 po obu bokach. Wszystkie trzy patrzyły rozszerzonymi oczami na ojca. Mój
1543 ojciec chrz�
1544 kn�
1545 ł, zamilkł, pochylił się i stał się nagle bardzo
1546 czerwony. W jednej chwili lineatura jego twarzy, dopiero co tak
1547 rozwichrzona i pełna wibracji, zamknęła się na spokorniałych rysach. On
1548 - herezjarcha natchniony, ledwo wypuszczony z wichru uniesienia - złożył
1549 się nagle w sobie, zapadł i zwin�
1550 ł. A może wymieniono go na innego. Ten
1551 inny siedział sztywny, bardzo czerwony, ze spuszczonymi oczyma. Panna
1552 Polda podeszła i pochyliła się nad nim. Klepi�
1553 c go lekko po plecach,
1554 mówiła tonem łagodnej zachęty: - Jakub będzie rozs�
1555 dny, Jakub posłucha,
1556 Jakub nie będzie uparty. No, proszę... Jakub, Jakub... Wypięty
1557 pantofelek Adeli drżał lekko i błyszczał jak języczek węża. Mój ojciec
1558 podniósł się powoli ze spuszczonymi oczyma, post�
1559 pił krok naprzód, jak
1560 automat, i osun�
1561 ł się na kolana. Lampa syczała w ciszy, w gęstwinie
1562 tapet biegły tam i z powrotem wymowne spojrzenia, leciały szepty
1563 jadowitych języków, gzygzaki myśli...
1564
1565 TRAKTAT O MANEKINACH Ci�
1566 g dalszy Następnego wieczora ojciec podj�
1567 ł z
1568 odnowion�
1569 swad�
1570 ciemny i zawiły swój temat. Lineatura jego zmarszczek
1571 rozwijała się i zawijała z wyrafinowan�
1572 chytrości�
1573 . W każdej spirali
1574 ukryty był pocisk ironii. Ale czasami inspiracja rozszerzała kręgi jego
1575 zmarszczek, które rosły jak�
1576 ś ogromn�
1577 wiruj�
1578 c�
1579 groz�
1580 , uchodz�
1581 c w
1582 milcz�
1583 cych wolutach w gł�
1584 b nocy zimowej. - Figury panopticum, moje panie
1585 - zacz�
1586 ł on - kalwaryjskie parodie manekinów, ale nawet w tej postaci
1587 strzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest ona
1588 zawsze pełna tragicznej powagi. Kto ośmiela się myśleć, że można igrać z
1589 materi�
1590 , że kształtować j�
1591 można dla żartu, że żart nie wrasta w ni�
1592 ,
1593 nie wżera się natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie
1594 ból, cierpienie głuche, nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tej
1595 pałuby, która nie wie, czemu ni�
1596 jest, czemu musi trwać w tej gwałtem
1597 narzuconej formie, będ�
1598 cej parodi�
1599 ? Czy pojmujecie potęgę wyrazu, formy,
1600 pozoru, tyrańsk�
1601 samowolę, z jak�
1602 rzuca się on na bezbronn�
1603 kłodę i
1604 opanowuje, jak własna, tyrańska, panosz�
1605 ca się dusza? Nadajecie jakiejś
1606 głowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie j�
1607 z tym gniewem,
1608 z t�
1609 konwulsj�
1610 , z tym napięciem raz na zawsze, zamknięt�
1611 ze ślep�
1612
1613 złości�
1614 , dla której nie ma odpływu. Tłum śmieje się z tej parodii.
1615 Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widz�
1616 c nędzę materii więzionej,
1617 gnębionej materii, która nie wie, kim jest i po co jest, dok�
1618 d prowadzi
1619 ten gest, który jej raz na zawsze nadano. Tłum śmieje się. Czy
1620 rozumiecie straszny sadyzm, upajaj�
1621 ce, demiurgiczne okrucieństwo tego
1622 śmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym na
1623 widok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono się
1624 strasznego bezprawia. St�
1625 d płynie, moje panie, straszny smutek
1626 wszystkich błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznie
1627 nad śmiesznym swym grymasem. Oto jest anarchista Luccheni, morderca
1628 cesarzowej Elżbiety, oto Draga, demoniczna i nieszczęśliwa królowa
1629 Serbii, oto genialny młodzieniec, nadzieja i duma rodu, którego zgubił
1630 nieszczęsny nałóg onanii. O, ironio tych nazw, tych pozorów! Czy jest w
1631 tej pałubie naprawdę coś z królowej Dragi, jej sobowtór, najdalszy bodaj
1632 cień jej istoty? To podobieństwo, ten pozór, ta nazwa uspokaja nas i nie
1633 pozwala nam pytać, kim jest dla siebie samego ten twór nieszczęśliwy. A
1634 jednak to musi być ktoś, moje panie, ktoś anonimowy, ktoś groźny, ktoś
1635 nieszczęśliwy, ktoś, co nie słyszał nigdy w swym głuchym życiu o
1636 królowej Dradze... Czy słyszeliście po nocach straszne wycie tych pałub
1637 woskowych, zamkniętych w budach jarmarcznych, żałosny chór tych kadłubów
1638 z drzewa i porcelany, wal�
1639 cych pięściami w ściany swych więzień? W
1640 twarzy mego ojca, rozwichrzonej groz�
1641 spraw, które wywołał z ciemności,
1642 utworzył się wir zmarszczek, lej rosn�
1643 cy w gł�
1644 b, na którego dnie gorzało
1645 groźne oko prorocze. Broda jego zjeżyła się dziwnie, wiechcie i pędzle
1646 włosów, strzelaj�
1647 ce z brodawek, z pieprzów, z dziurek od nosa,
1648 nastroszyły się na swych korzonkach. Tak stał drętwy, z gorej�
1649 cymi
1650 oczyma, drż�
1651 c od wewnętrznego wzburzenia, jak automat, który zaci�
1652 ł się
1653 i zatrzymał na martwym punkcie. Adela wstała z krzesła i poprosiła nas o
1654 przymknięcie oczu na to, co się za chwilę stanie. Potem podeszła do ojca
1655 i z rękoma na biodrach, przybieraj�
1656 c pozór podkreślonej stanowczości,
1657 zaż�
1658 dała bardzo dobitnie... Panienki siedziały sztywno, ze spuszczonymi
1659 oczyma, w dziwnej drętwości...
1660
1661 TRAKTAT O MANEKINACH Dokończenie Któregoś z następnych wieczorów ojciec
1662 mój w te słowa ci�
1663 gn�
1664 ł dalej sw�
1665 prelekcję: - Nie o tych
1666 nieporozumieniach ucieleśnionych, nie o tych smutnych parodiach, moje
1667 panie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowści�
1668 gliwości - chciałem
1669 mówić zapowiadaj�
1670 c m�
1671 rzecz o manekinach. Miałem na myśli coś innego. Tu
1672 ojciec mój zacz�
1673 ł budować przed naszymi oczyma obraz tej wymarzonej
1674 przez niego „generaiio aequivoca”, jakiegoś pokolenia istot na wpół
1675 tylko organicznych, jakiejś pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatów
1676 fantastycznej fermentacji materii. Były to twory podobne z pozoru do
1677 istot żywych, do kręgowców, skorupiaków, członkonogów, lecz pozór ten
1678 mylił. Były to w istocie istoty amorfne, bez wewnętrznej struktury,
1679 płody imitatywnej tendencji materii, która obdarzona pamięci�
1680 , powtarza
1681 z przyzwyczajenia raz przyjęte kształty. Skala morfologii, której
1682 podlega materia, jest w ogóle ograniczona i pewien zasób form powtarza
1683 się wci�
1684 ż na różnych kondygnacjach bytu. Istoty te - ruchliwe, wrażliwe
1685 na bodźce, a jednak dalekie od prawdziwego życia - można było otrzymać
1686 zawieszaj�
1687 c pewne skomplikowane koloidy w roztworach soli kuchennej.
1688 Koloidy te po kilku dniach formowały się, organizowały w pewne
1689 zagęszczenia substancji przypominaj�
1690 cej niższe formy fauny. U istot tak
1691 powstałych można było stwierdzić proces oddychania, przemianę materii,
1692 ale analiza chemiczna nie wykazywała w nich nawet śladu poł�
1693 czeń
1694 białkowych ani w ogóle zwi�
1695 zków węgla. Wszelako prymitywne te formy były
1696 niczym w porównaniu z bogactwem kształtów i wspaniałości pseudofauny i
1697 flory, która pojawia się niekiedy w pewnych ściśle określonych
1698 środowiskach. Środowiskami tymi s�
1699 stare mieszkania, przesycone
1700 emanacjami wielu żywotów i zdarzeń - zużyte atmosfery, bogate w
1701 specyficzne ingrediencje marzeń ludzkich - rumowiska, obfituj�
1702 ce w humus
1703 wspomnień, tęsknot, jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja
1704 kiełkowała szybko i powierzchownie, pasożytowała obficie i efemerycznie,
1705 pędziła krótkotrwałe generacje, które rozkwitały raptownie i świetnie,
1706 ażeby wnet zgasn�
1707 ć i zwiędn�
1708 ć. Tapety musz�
1709 być w takich mieszkaniach
1710 już bardzo zużyte i znudzone nieustann�
1711 wędrówk�
1712 po wszystkich
1713 kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodz�
1714 na manowce dalekich,
1715 ryzykownych rojeń. Rdzeń mebli, ich substancja musi już być rozluźniona,
1716 zdegenerowana i podległa występnym pokusom: wtedy na tej chorej,
1717 zmęczonej i zdziczałej glebie wykwita, jak piękna wysypka, nalot
1718 fantastyczny, kolorowa, bujaj�
1719 ca pleśń. - Wiedz�
1720 panie - mówił ojciec
1721 mój - że w starych mieszkaniach bywaj�
1722 pokoje, o których się zapomina.
1723 Nie odwiedzane miesi�
1724 cami, więdn�
1725 w opuszczeniu między starymi murami i
1726 zdarza się, że zasklepiaj�
1727 się w sobie, zarastaj�
1728 cegł�
1729 i, raz na zawsze
1730 stracone dla naszej pamięci, powoli trac�
1731 też sw�
1732 egzystencję. Drzwi,
1733 prowadz�
1734 ce do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mog�
1735 być tak
1736 dhigo przeoczane przez domowników, aż wrastaj�
1737 , wchodz�
1738 w ścianę, która
1739 zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys. - Wszedłem raz -
1740 mówił ojciec mój - wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesi�
1741 cach
1742 nieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem
1743 wygl�
1744 dem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich
1745 gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze
1746 migotliw�
1747 koronk�
1748 filigranowego listowia, ażurow�
1749 gęstwin�
1750 jakiejś
1751 cieplarni, pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiej
1752 wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienn�
1753 lamp�
1754 , wzdłuż szaf chwiały się
1755 kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w
1756 fontanny koronkowego listowia, bij�
1757 ce aż pod malowane niebo sufitu
1758 rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowały
1759 w tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, p�
1760 czkowały w oczach,
1761 bujały od środka różowym mi�
1762 ższem i przelewały się przez brzegi, gubi�
1763 c
1764 płatki i rozpadaj�
1765 c się w prędkim przekwitaniu. - Byłem szczęśliwy -
1766 mówił mój ojciec - z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił
1767 powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypuj�
1768 cym się jak
1769 kolorowe confetti przez cienkie rózgi gał�
1770 zek. Widziałem, jak z drgania
1771 powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje
1772 to pospieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych
1773 oleandrów, które napełniły pokój rzadk�
1774 , leniw�
1775 śnieżyc�
1776 wielkich,
1777 różowych kiści kwietnych. - Nim zapadł wieczór - kończył ojciec - nie
1778 było już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była
1779 tylko mistyfikacj�
1780 , wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa
1781 się pod pozór życia. Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony,
1782 spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werw�
1783 i humorem.
1784 Potem, nagle poważniej�
1785 c, znów rozpatrywał nieskończon�
1786 skalę form i
1787 odcieni, jakie przybierała wielokształtna materia. Fascynowały go formy
1788 graniczne, w�
1789 tpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików,
1790 pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach
1791 rozrastała się z ust uśpionego na cały stół, napełniała cały pokój, jako
1792 bujaj�
1793 ca, rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha. -
1794 Kto wie - mówił - ile jest cierpi�
1795 cych, okaleczonych, fragmentarycznych
1796 postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoździami na gwałt zbite życie
1797 szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej
1798 pomysłowości ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidz�
1799 cych
1800 się ras drzewa, skucie ich w jedn�
1801 nieszczęśliw�
1802 osobowość. Ile starej,
1803 m�
1804 drej męki jest w bejcowanych słojach, żyłach i fladrach naszych
1805 starych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane,
1806 wypolerowane do niepoznaki rysy, uśmiechy, spojrzenia! Twarz mego ojca,
1807 gdy to mówił, rozeszła się zamyślon�
1808 lineatur�
1809 zmarszczek, stała się
1810 podobna do sęków i słojów starej deski, z której zheblowano wszystkie
1811 wspomnienia. Przez chwilę myśleliśmy, że ojciec popadnie w stan
1812 drętwoty, który nawiedzał go czasem, ale ockn�
1813 ł się nagle, opamiętał i
1814 tak ci�
1815 gn�
1816 ł dalej: - Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swych
1817 umarłych. W ściany ich mieszkań były wprawione, wmurowane ciała, twarze:
1818 w salonie stał ojciec - wypchany, wygarbowana żona-nieboszczka była
1819 dywanem pod stołem. Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucie
1820 lampę-meluzynę, zrobion�
1821 przez malajskich balsamistów z jego
1822 zamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie. W ciszy
1823 kajuty głowa ta, rozpięta między gałęziami rogów u stropu, powoli
1824 otwierała rzęsy oczu; na rozchylonych ustach lśniła błonka śliny,
1825 pękaj�
1826 ca od cichego szeptu. Głowonogi, żółwie i ogromne kraby,
1827 zawieszone na belkach sufitu jako kandelabry i paj�
1828 ki, przebierały w tej
1829 ciszy bez końca nogami, szły i szły na miejscu... Twarz mojego ojca
1830 przybrała naraz wyraz troski i smutku, gdy myśli jego na drogach nie
1831 wiedzieć jakich asocjacji przeszły do nowych przykładów: - Czy mam
1832 przemilczeć - mówił przyciszonym głosem - że brat mój na skutek długiej
1833 i nieuleczalnej choroby zamienił się stopniowo w zwój kiszek gumowych,
1834 że biedna moja kuzynka dniem i noc�
1835 nosiła go w poduszkach, nuc�
1836 c
1837 nieszczęśliwemu stworzeniu nieskończone kołysanki nocy zimowych? Czy
1838 może być coś smutniejszego niż człowiek zamieniony w kiszkę hegarow�
1839 ? Co
1840 za rozczarowanie dla rodziców, co za dezorientacja dla ich uczuć, co za
1841 rozwianie wszystkich nadziei, wi�
1842 zanych z obiecuj�
1843 cym młodzieńcem! A
1844 jednak wierna miłość biednej kuzynki towarzyszyła mu i w tej przemianie.
1845 - Ach! nie mogę już dłużej, nie mogę tego słuchać! - jęknęła Polda
1846 przechylaj�
1847 c się na krześle. - Ucisz go, Adelo... Dziewczęta wstały,
1848 Adela podeszła do ojca i wyci�
1849 gniętym palcem uczyniła ruch zaznaczaj�
1850 cy
1851 łaskotanie. Ojciec stropił się, zamilkł i zacz�
1852 ł, pełen przerażenia,
1853 cofać się tyłem przed kiwaj�
1854 cym się palcem Adeli. Ta szła za nim ci�
1855 gle,
1856 groż�
1857 c mu jadowicie palcem, i wypierała go krok za krokiem z pokoju.
1858 Paulina ziewnęła przeci�
1859 gaj�
1860 c się. Obie z Pold�
1861 , wsparte o siebie
1862 ramionami, spojrzały sobie w oczy z uśmiechem.
1863
1864 NEMROD Cały sierpień owego roku przebawiłem się z małym, kapitalnym
1865 pieskiem, który pewnego dnia znalazł się na podłodze naszej kuchni,
1866 niedołężny i piszcz�
1867 cy, pachn�
1868 cy jeszcze mlekiem i niemowlęctwem, z nie
1869 uformowanym, okr�
1870 gławym, drż�
1871 cym łebkiem, z łapkami jak u kreta
1872 rozkraczonymi na boki i z najdelikatniejsz�
1873 , mięciutk�
1874 sierści�
1875 . Od
1876 pierwszego wejrzenia zdobyła sobie ta kruszynka życia cały zachwyt, cały
1877 entuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie ten
1878 ulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Że też
1879 stare, zgoła nieinteresuj�
1880 ce pomywaczki wpadaj�
1881 niekiedy na tak świetne
1882 pomysły i przynosz�
1883 z przedmieścia - o całkiem wczesnej,
1884 transcendentalnej porannej godzinie - takiego oto pieska do naszej
1885 kuchni! Ach! było się jeszcze - niestety - nieobecnym, nieurodzonym z
1886 ciemnego łona snu, a już to szczęście ziściło się, już czekało na nas,
1887 niedołężnie leż�
1888 ce na chłodnej podłodze kuchni, nie docenione przez
1889 Adelę i domowników. Dlaczego nie obudzono mnie wcześniej! Talerzyk mleka
1890 na podłodze świadczył o macierzyńskich impulsach Adeli, świadczył
1891 niestety także i o chwilach przeszłości, dla mnie na zawsze straconej, o
1892 rozkoszach przybranego macierzyństwa, w których nie brałem udziału. Ale
1893 przede mn�
1894 leżała jeszcze cała przyszłość. Jakiż bezmiar doświadczeń,
1895 eksperymentów, odkryć otwierał się teraz! Sekret życia, jego
1896 najistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, poręczniejszej i
1897 zabawkowej formy odsłaniała się tu nienasyconej ciekawości. Było to
1898 nadwyraz interesuj�
1899 ce, mieć na własność tak�
1900 odrobinkę życia, tak�
1901
1902 cz�
1903 steczkę wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej,
1904 budz�
1905 cej nieskończon�
1906 ciekawość i respekt sekretny sw�
1907 obcości�
1908 ,
1909 niespodzian�
1910 transpozycj�
1911 tego samego w�
1912 tku życia, który i w nas był, na
1913 formę od naszej odmienn�
1914 , zwierzęc�
1915 . Zwierzęta! cel nienasyconej
1916 ciekawości, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, by
1917 człowiekowi pokazać człowieka, rozkładaj�
1918 c jego bogactwo i komplikację
1919 na tysi�
1920 c kalejdoskopowych możliwości, każd�
1921 doprowadzon�
1922 do jakiegoś
1923 paradoksalnego krańca, do jakiejś wybujałości pełnej charakteru.
1924 Nieobci�
1925 żone splotem egzotycznych interesów, m�
1926 c�
1927 cych stosunki
1928 międzyludzkie, otwierało się serce pełne sympatii dla obcych emanacji
1929 wiecznego życia, pełne miłosnej współpracuj�
1930 cej ciekawości, która była
1931 zamaskowanym głosem samopoznania. Piesek był aksamitny, ciepły i
1932 pulsuj�
1933 cy małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu,
1934 niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyć
1935 palec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, z
1936 wzruszaj�
1937 c�
1938 , różow�
1939 brodaweczk�
1940 z tyłu, nad stopami przednich nóg.
1941 Właził nimi do miski z mlekiem, żarłoczny i niecierpliwy, chłepc�
1942 cy
1943 napój różowym języczkiem, ażeby po nasyceniu się podnieść żałośnie mał�
1944
1945 mordkę z kropl�
1946 mleka na brodzie i wycofać się niedołężnie z k�
1947 pieli
1948 mlecznej. Chód jego był niezgrabnym toczeniem się, bokiem na ukos w
1949 niezdecydowanym kierunku, po linii trochę pijanej i chwiejnej. Dominant�
1950
1951 jego nastroju była jakaś nieokreślona i zasadnicza żałość, sieroctwo i
1952 bezradność - niezdolność do zapełnienia czymś pustki życia pomiędzy
1953 sensacjami posiłków. Objawiało się to bezplanowości�
1954 i niekonsekwencj�
1955
1956 ruchów, irracjonalnymi napadami nostalgii z żałosnym skomleniem i
1957 niemożności�
1958 znalezienia sobie miejsca. Nawet jeszcze w głębi snu, w
1959 którym potrzebę oparcia się i przytulenia zaspokajać musiał używaj�
1960 c do
1961 tego własnej swej osoby, zwiniętej w kłębek drż�
1962 cy - towarzyszyło mu
1963 poczucie osamotnienia i bezdomności. Ach, życie - młode i w�
1964 tłe życie,
1965 wypuszczone z zaufanej ciemności, z przytulnego ciepła łona
1966 macierzystego w wielki i obcy, świetlany świat, jakże kurczy się ono i
1967 cofa, jak wzdraga się zaakceptować tę imprezę, któr�
1968 mu proponuj�
1969 -
1970 pełne awersji i zniechęcenia! Lecz zwolna mały Nemrod (otrzymał był to
1971 dumne i wojownicze imię) zaczyna smakować w życiu. Wył�
1972 czne opanowanie
1973 obrazem macierzystej prajedni ustępuje urokowi wielości. Świat zaczyna
1974 nań nastawiać pułapki: nieznany a czaruj�
1975 cy smak różnych pokarmów,
1976 czworobok porannego słońca na podłodze, na którym tak dobrze jest
1977 położyć się, ruchy własnych członków, własne łapki, ogonek, figlarnie
1978 wyzywaj�
1979 cy do zabawy z samym sob�
1980 , pieszczoty ręki ludzkiej, pod którymi
1981 zwolna dojrzewa pewna swawolność, wesołość rozpieraj�
1982 ca ciało i rodz�
1983 ca
1984 potrzebę zgoła nowych, gwałtownych i ryzykownych ruchów - wszystko to
1985 przekupuje, przekonywa i zachęca do przyjęcia, do pogodzenia się z
1986 eksperymentem życia. I jeszcze jedno. Nemrod zaczyna rozumieć, że to, co
1987 mu się tu podsuwa, mimo pozorów nowości jest w gruncie rzeczy czymś, co
1988 już było - było wiele razy - nieskończenie wiele razy. Jego ciało
1989 poznaje sytuacje, wrażenia i przedmioty. W gruncie rzeczy to wszystko
1990 nie dziwi go zbytnio. W obliczu każdej nowej sytuacji daje nura w swoj�
1991
1992 pamięć, w głębok�
1993 pamięć ciała, i szuka omackiem, gor�
1994 czkowo - i bywa,
1995 że znajduje w sobie odpowiedni�
1996 reakcję już gotow�
1997 : m�
1998 drość pokoleń,
1999 złożon�
2000 w jego plazmie, w jego nerwach. Znajduje jakieś czyny, decyzje,
2001 o których sam nie wiedział, że już w nim dojrzały, że czekały na to, by
2002 wyskoczyć. Sceneria jego młodego życia, kuchnia z wonnymi cebrami, ze
2003 ścierkami o skomplikowanej i intryguj�
2004 cej woni, z kłapaniem pantofli
2005 Adeli, z jej hałaśliwym krz�
2006 taniem się - nie straszy go więcej. Przywykł
2007 uważać j�
2008 za swoj�
2009 domenę, zadomowił się w niej i pocz�
2010 ł rozwijać w
2011 stosunku do niej niejasne poczucie przynależności, ojczyzny. Chyba że
2012 niespodzianie spadał nań kataklizm w postaci szorowania podłogi -
2013 obalenie praw natury, chlusty ciepłego ługu, podmywaj�
2014 ce wszystkie
2015 meble, i groźny szurgot szczotek Adeli. Ale niebezpieczeństwo mija,
2016 szczotka uspokojona i nieruchoma leży cicho w k�
2017 cie, schn�
2018 ca podłoga
2019 pachnie miło mokrym drzewem. Nemrod, przywrócony znowu do swych
2020 normalnych praw i do swobody na terenie własnym, czuje żyw�
2021 ochotę
2022 chwytać zębami stary koc na podłodze i targać nim z całej siły na prawo
2023 i lewo. Pacyfikacja żywiołów napełnia go niewymown�
2024 radości�
2025 . Wtem staje
2026 jak wryty: przed nim, o jakie trzy kroki pieskie, posuwa się czarna
2027 maszkara, potwór sun�
2028 cy szybko na pręcikach wielu pogmatwanych nóg. Do
2029 głębi wstrz�
2030 śnięty Nemrod posuwa wzrokiem za skośnym kursem błyszcz�
2031 cego
2032 owada, śledz�
2033 c w napięciu ten płaski, bezgłowy i ślepy kadłub, niesiony
2034 niesamowit�
2035 ruchliwości�
2036 pajęczych nóg. Coś w nim na ten widok wzbiera,
2037 coś dojrzewa, pęcznieje, czego sam jeszcze nie rozumie, niby jakiś gniew
2038 albo strach, lecz raczej przyjemny i poł�
2039 czony z dreszczem siły,
2040 samopoczucia, agresywności. I nagle opada na przednie łapki i wyrzuca z
2041 siebie głos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, całkiem niepodobny do
2042 zwykłego kwilenia. Wyrzuca go z siebie raz, i jeszcze raz, i jeszcze,
2043 cienkim dyszkantem, który się co chwila wykoleja. Ale nadaremnie
2044 apostrofuje owada w tym nowym, z nagłego natchnienia zrodzonym języku. W
2045 kategoriach umysłu karakoniego nie ma miejsca na tę tyradę i owad odbywa
2046 dalej sw�
2047 skośn�
2048 turę ku k�
2049 towi pokoju, wśród ruchów uświęconych
2050 odwiecznym karakonim rytuałem. Wszelako uczucia nienawiści nie maj�
2051
2052 jeszcze trwałości i mocy w duszy pieska. Nowoobudzona radość życia
2053 przeistacza każde uczucie w wesołość. Nemrod szczeka jeszcze, lecz sens
2054 tego szczekania zmienił się niepostrzeżenie, stało się ono swoj�
2055 własn�
2056
2057 parodi�
2058 - pragn�
2059 c w gruncie rzeczy wysłowić niewymown�
2060 udatność tej
2061 świetnej imprezy życia, pełnej pikanterii, niespodzianych dreszczyków i
2062 point.
2063
2064 PAN W k�
2065 cie między tylnymi ścianami szop i przybudówek był zaułek
2066 podwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknięta między komorę, wychodek
2067 i tyln�
2068 ścianę kurnika - głucha zatoka, poza któr�
2069 nie było już wyjścia.
2070 Był to najdalszy przyl�
2071 dek, Gibraltar tego podwórza, bij�
2072 cy rozpaczliwie
2073 głow�
2074 w ślepy parkan z poziomych desek, zamykaj�
2075 c�
2076 i ostateczn�
2077 ścianę
2078 tego świata. Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej,
2079 śmierdz�
2080 cej wody, żyła gnij�
2081 cego, tłustego błota, nigdy nie wysychaj�
2082 ca
2083 - jedyna droga, która poprzez granice parkanu wyprowadzała w świat. Ale
2084 rozpacz smrodliwego zaułka tak długo biła głow�
2085 w tę zaporę, aż
2086 rozluźniła jedn�
2087 z poziomych, potężnych desek. My, chłopcy, dokonaliśmy
2088 reszty i wyważyli, wysunęli ciężk�
2089 omszał�
2090 deskę z osady. Tak zrobiliśmy
2091 wyłom, otworzyliśmy okno na słońce. Stan�
2092 wszy nog�
2093 na desce, rzuconej
2094 jak most przez kałużę, mógł więzień podwórza w poziomej pozycji
2095 przecisn�
2096 ć się przez szparę, która wypuszczała go w nowy, przewiewny i
2097 rozległy świat. Był tam wielki, zdziczały stary ogród. Wysokie grusze,
2098 rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami, obsypane
2099 srebrnym szelestem, kipi�
2100 c�
2101 siatk�
2102 białawych połysków. Bujna, zmieszana,
2103 nie koszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były tam
2104 zwykłe, trawiaste źdźbła ł�
2105 kowe z pierzastymi kitami kłosów; były
2106 delikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i
2107 szorstkie listki bluszczyków i ślepych pokrzyw, pachn�
2108 ce mięt�
2109 ;
2110 łykowate, błyszcz�
2111 ce babki, nakrapiane rdz�
2112 , wystrzelaj�
2113 ce kiśćmi
2114 grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to, spl�
2115 tane i puszyste, przepojone
2116 było łagodnym powietrzem, podbite błękitnym wiatrem i napuszczone
2117 niebem. Gdy się leżało w trawie, było się przykrytym cał�
2118 błękitn�
2119
2120 geografi�
2121 obłoków i płyn�
2122 cych kontynentów, oddychało się cał�
2123 rozległ�
2124
2125 map�
2126 niebios. Od tego obcowania z powietrzem liście i pędy pokryły się
2127 delikatnymi włoskami, miękkim nalotem puchu, szorstk�
2128 szczecin�
2129 haczków,
2130 jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepływów tlenu. Ten nalot
2131 delikatny i białawy spokrewniał liście z atmosfer�
2132 , dawał im srebrzysty,
2133 szary połysk fal powietrznych, cienistych zadumań między dwoma błyskami
2134 słońca. A jedna z tych roślin, żółta i pełna mlecznego soku w bladych
2135 łodygach, nadęta powietrzem, pędziła ze swych pustych pędów już samo
2136 powietrze, sam puch w kształcie pierzastych kul mleczowych rozsypywanych
2137 przez powiew i wsi�
2138 kaj�
2139 cych bezgłośnie w błękitn�
2140 ciszę. Ogród był
2141 rozległy i rozgałęziony kilku odnogami i miał różne strefy i klimaty. W
2142 jednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tam
2143 podścielał niebu co najmiększ�
2144 , najdelikatniejsz�
2145 , najpuszystsz�
2146 zieleń.
2147 Ale w miarę jak opadał w gł�
2148 b długiej odnogi i zanurzał się w cień
2149 między tyln�
2150 ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej, wyraźnie
2151 pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko i
2152 niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał
2153 chwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w szerokiej
2154 prostok�
2155 tnej zatoce tracił wszelk�
2156 miarę i wpadał w szał. Tam to nie był
2157 już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cyniczny
2158 bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, daj�
2159 c upust swej pasji,
2160 panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedźmy,
2161 rozdziewaj�
2162 ce się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucaj�
2163 c je
2164 z siebie, spódnica za spódnic�
2165 , aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe
2166 łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sob�
2167 kłótliwe to plemię
2168 bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się
2169 jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosn�
2170 c razem wzdęt�
2171
2172 mas�
2173 blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem go
2174 ujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.
2175 Była to chwila, kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu
2176 zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.
2177 Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całej
2178 przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w
2179 dwójnasób, w trójnasób, w inny jakiś, wyrodny czas, w nieznan�
2180 dymensję,
2181 w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja
2182 ścigania tych migoc�
2183 cych plamek, tych błędnych, białych płatków,
2184 trzęs�
2185 cych się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I
2186 zdarzyło się wówczas, że któraś z tych jaskrawych plamek rozpadła się w
2187 locie na dwie, potem na trzy - i ten drgaj�
2188 cy, oślepiaj�
2189 co biały
2190 trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, pal�
2191 cych
2192 się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śmiej�
2193 c
2194 się pogr�
2195 żyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzony
2196 po pachy w łopuchach, kucał przede mn�
2197 . Widziałem jego grube bary w
2198 brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,
2199 siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego
2200 dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszcz�
2201 cej w słońcu twarzy lał się
2202 pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z
2203 jakimś ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który
2204 mnie uj�
2205 ł jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć
2206 brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła
2207 kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie
2208 bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy pal�
2209 cy żar słońca, czy nadludzkie
2210 natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.
2211 Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.
2212 Te oczy patrzyły na mnie i nie patrzyły, widziały mnie i nie widziały
2213 wcale. Były to pękaj�
2214 ce gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albo
2215 dzik�
2216 rozkosz�
2217 natchnienia. I nagle z tych rysów, naci�
2218 gniętych do
2219 pęknięcia, wyboczył się jakiś straszny, załamany cierpieniem grymas i
2220 ten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim,
2221 wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się rycz�
2222 cym, charcz�
2223 cym kaszlem
2224 śmiechu. Do głębi wstrz�
2225 śnięty, widziałem, jak hucz�
2226 c śmiechem z
2227 potężnych piersi, dźwign�
2228 ł się powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, z
2229 rękoma w opadaj�
2230 cych łachmanach spodni, uciekał, człapi�
2231 c przez łopoc�
2232 ce
2233 blachy łopuchów, wielkimi skokami - Pan bez fletu, cofaj�
2234 cy się w
2235 popłochu do swych ojczystych kniei.
2236
2237 PAN KAROL Po południu w sobotę mój wuj, Karol, wdowiec słomiany,
2238 wybierał się pieszo do letniska, oddalonego o godzinę drogi od miasta,
2239 do żony i dzieci, które tam na wywczasach bawiły. Od czasu wyjazdu żony
2240 mieszkanie było nie sprz�
2241 tane, łóżko nie zaścielane nigdy. Pan Karol
2242 przychodził do mieszkania późn�
2243 noc�
2244 , sponiewierany, spustoszony przez
2245 nocne pohulanki, przez które go wlokły te dni upalne i puste. Zmięta,
2246 chłodna, dziko rozrzucona pościel była dlań wówczas jak�
2247 ś błog�
2248
2249 przystani�
2250 , wysp�
2251 zbawcz�
2252 , do której przypadał ostatkiem sił jak
2253 rozbitek, miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze. Omackiem, w
2254 ciemności zapadał się gdzieś między białawe chmury, pasma i zwały
2255 chłodnego pierza i spał tak w niewiadomym kierunku, na wspak, głow�
2256 na
2257 dół, wbity ciemieniem w puszysty mi�
2258 ższ pościeli, jak gdyby chciał we
2259 śnie przewiercić, przewędrować na wskroś te rosn�
2260 ce noc�
2261 , potężne masywy
2262 pierzyn. Walczył we śnie z t�
2263 pościel�
2264 , jak pływak z wod�
2265 , ugniatał j�
2266 i
2267 miesił ciałem, jak ogromn�
2268 dzieżę ciasta, w któr�
2269 się zapadał, i budził
2270 się o szarym świcie zdyszany, oblany potem, wyrzucony na brzeg tego
2271 stosu pościeli, którego zmóc nie mógł w ciężkich zapasach nocnych. Tak
2272 na wpół wyrzucony z toni snu, wisiał przez chwilę nieprzytomny na
2273 krawędzi nocy, chwytaj�
2274 c piersiami powietrze, a pościel rosła dokoła
2275 niego, puchła i nakisała - i zarastała go znowu zwałem ciężkiego,
2276 białawego ciasta. Spał tak do późnego przedpołudnia, podczas gdy
2277 poduszki układały się w wielk�
2278 , biał�
2279 , płask�
2280 równinę, po której
2281 wędrował uspokojony sen jego. Tymi białymi gościńcami powracał powoli do
2282 siebie, do dnia, do jawy - i wreszcie otwierał oczy, jak śpi�
2283 cy pasażer,
2284 gdy poci�
2285 g zatrzymuje się na stacji. W pokoju panował odstały półmrok z
2286 osadem wielu dni samotności i ciszy. Tylko okno kipiało od rannego
2287 rojowiska much i story płonęły jaskrawo. Pan Karol wyziewał ze swego
2288 ciała, z głębi jam cielesnych, resztki dnia wczorajszego. To ziewanie
2289 chwytało go tak konwulsyjnie, jak gdyby chciało go odwrócić na nice. Tak
2290 wyrzucał z siebie ten piasek, te ciężary - nie strawione restancje dnia
2291 wczorajszego. Ulżywszy sobie w ten sposób, i swobodniejszy, wci�
2292 gał do
2293 notesu wydatki, kalkulował, obliczał i marzył. Potem leżał długo
2294 nieruchomy, z szklanymi oczyma, które były koloru wody, wypukłe i
2295 wilgotne. W wodnistym półmroku pokoju, rozjaśnionym refleksem dnia
2296 upalnego za storami, oczy jego jak maleńkie lusterka odbijały wszystkie
2297 błyszcz�
2298 ce przedmioty: białe plamy słońca w szparach okna, złoty
2299 prostok�
2300 t stor, i powtarzały, jak kropla wody, cały pokój z cisz�
2301
2302 dywanów i pustych krzeseł. Tymczasem dzień za storami huczał coraz
2303 płomienniej bzykaniem much oszalałych od słońca. Okno nie mogło
2304 pomieścić tego białego pożaru i story omdlewały od jasnych falowań.
2305 Wtedy wywlekał się z pościeli i siedział jeszcze jakiś czas na łóżku,
2306 stękaj�
2307 c bezwiednie. Jego trzydziestokilkoletnie ciało zaczynało
2308 skłaniać się do korpulencji. W tym organizmie, nabrzmiewaj�
2309 cym
2310 tłuszczem, znękanym od nadużyć płciowych, ale wci�
2311 ż wzbieraj�
2312 cym bujnymi
2313 sokami, zdawał się teraz zwolna dojrzewać w tej ciszy jego przyszły los.
2314 Gdy tak siedział w bezmyślnym, wegetatywnym osłupieniu, cały zamieniony
2315 w kr�
2316 żenie, w respirację, w głębokie pulsowanie soków, rosła w głębi
2317 jego ciała, spoconego i pokrytego włosem w rozlicznych miejscach, jakaś
2318 niewiadoma, nie sformułowana przyszłość, niby potworna narośl,
2319 wyrastaj�
2320 ca fantastycznie w nieznan�
2321 dymensję. Nie przerażał się jej,
2322 gdyż czuł już swoj�
2323 tożsamość z tym niewiadomym a ogromnym, które miało
2324 nadejść, i rósł razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrętwiały
2325 spokojn�
2326 groz�
2327 , odpoznaj�
2328 c przyszłego siebie w tych kolosalnych
2329 wykwitach, w tych fantastycznych spiętrzeniach, które przed jego
2330 wzrokiem wewnętrznym dojrzewały. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczało na
2331 zewn�
2332 trz, jak gdyby odchodziło w inny wymiar. Potem z tych bezmyślnych
2333 otumanieni z tych zatraconych dali powracał znów do siebie i do chwili;
2334 widział swe stopy na dywanie, tłuste i delikatne jak u kobiety, i powoli
2335 wyjmował złote spinki z mankietów dziennej koszuli. Potem szedł do
2336 kuchni i znajdował tam w cienistym k�
2337 cie wiaderko z wod�
2338 , kr�
2339 żek
2340 cichego, czujnego zwierciadła, które nań tam czekało - jedyna żywa i
2341 wiedz�
2342 ca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewał do miednicy wody i
2343 kosztował skór�
2344 jej młodej i odstałej, słodkawej mokrości. Długo i
2345 starannie robił toaletę, nie spiesz�
2346 c się i wł�
2347 czaj�
2348 c pauzy między
2349 poszczególne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nie
2350 uznawało go, te meble i ściany śledziły za nim z milcz�
2351 c�
2352 krytyk�
2353 . Czuł
2354 się, wchodz�
2355 c w ich ciszę, jak intruz w tym podwodnym, zatopionym
2356 królestwie, w którym płyn�
2357 ł inny, odrębny czas. Otwieraj�
2358 c własne
2359 szuflady, miał uczucie złodzieja i chodził mimo woli na palcach, boj�
2360 c
2361 się obudzić hałaśliwe i nadmierne echo, czekaj�
2362 ce drażliwie na
2363 najlżejsz�
2364 przyczynę, by wybuchn�
2365 ć. A gdy wreszcie, id�
2366 c cicho od szafy
2367 do szafy, znajdował kawałek po kawałku wszystko potrzebne i kończył
2368 toaletę wśród tych mebli, które tolerowały go w milczeniu, z nieobecn�
2369
2370 min�
2371 , i wreszcie był gotów, to stoj�
2372 c na odejściu z kapeluszem w ręku,
2373 czuł się zażenowany, że i w ostatniej chwili nie mógł znaleźć słowa,
2374 które by rozwi�
2375 zało to wrogie milczenie, i odchodził ku drzwiom
2376 zrezygnowany, zwolna, ze spuszczon�
2377 głow�
2378 - gdy w przeciwn�
2379 stronę
2380 oddalał się tymczasem bez pośpiechu - w gł�
2381 b zwierciadła - ktoś
2382 odwrócony na zawsze plecami - przez pust�
2383 amfiladę pokojów, które nie
2384 istniały.
2385
2386 SKLEPY CYNAMONOWE W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych
2387 z obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów,
2388 gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z
2389 trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu -
2390 ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.
2391 Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem,
2392 stercz�
2393 cym nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami,
2394 strzelaj�
2395 cymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa - co nadawało jego
2396 fizjonomii wygl�
2397 d starego, nastroszonego lisa. Węch jego i słuch
2398 zaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego milcz�
2399 cej i napiętej
2400 twarzy, że za pośrednictwem tych zmysłów pozostaje on w ci�
2401 głym
2402 kontakcie z niewidzialnym światem ciemnych zakamarków, dziur mysich,
2403 zmurszałych przestrzeni pustych pod podłog�
2404 i kanałów kominowych.
2405 Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypi�
2406 ce życie podłogi miały
2407 w nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca.
2408 Absorbowało go to w tym stopniu, że pogr�
2409 żał się zupełnie w tej
2410 niedostępnej dla nas sferze, z której nie próbował zdawać nam sprawy.
2411 Nieraz musiał strzepywać palcami i śmiać się cicho do siebie samego, gdy
2412 te wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewał
2413 się wówczas spojrzeniem z naszym kotem, który również wtajemniczony w
2414 ten świat, podnosił sw�
2415 cyniczn�
2416 , zimn�
2417 , porysowan�
2418 pręgami twarz,
2419 mruż�
2420 c z nudów i obojętności skośne szparki oczu. Zdarzało się podczas
2421 obiadu, że wśród jedzenia odkładał nagle nóż i widelec i z serwet�
2422
2423 zawi�
2424 zan�
2425 pod szyj�
2426 podnosił się kocim ruchem, skradał na brzuścach
2427 palców do drzwi s�
2428 siedniego, pustego pokoju i z największ�
2429 ostrożności�
2430
2431 zagl�
2432 dał przez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakby
2433 zawstydzony, z zakłopotanym uśmiechem, wśród mruknięć i niewyraźnych
2434 mamrotań, odnosz�
2435 cych się do wewnętrznego monologu, w którym był
2436 pogr�
2437 żony. Ażeby mu sprawić pewn�
2438 dystrakcję i oderwać go od
2439 chorobliwych dociekań, wyci�
2440 gała go matka na wieczorne spacery, na które
2441 szedł, milcz�
2442 c, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony i
2443 nieobecny duchem. Raz nawet poszliśmy do teatru. Znaleźliśmy się znowu w
2444 tej wielkiej, źle oświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaru
2445 ludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy przebrnęliśmy przez ciżbę ludzk�
2446 ,
2447 wynurzyła się przed nami olbrzymia bladomebieska kurtyna, jak niebo
2448 jakiegoś innego firmamentu. Wielkie, malowane maski różowe, z wydętymi
2449 policzkami, nurzały się w ogromnym płóciennym przestworzu. To sztuczne
2450 niebo szerzyło się i płynęło wzdłuż i w poprzek, wzbieraj�
2451 c ogromnym
2452 tchem patosu i wielkich gestów, atmosfer�
2453 tego świata sztucznego i
2454 pełnego blasku, który budował się tam, na dudni�
2455 cych rusztowaniach
2456 sceny. Dreszcz płyn�
2457 cy przez wielkie oblicze tego nieba, oddech
2458 ogromnego płótna, od którego rosły i ożywały maski, zdradzał
2459 iluzoryczność tego firmamentu, sprawiał to drganie rzeczywistości, które
2460 w chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maski
2461 trzepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coś bezgłośnie
2462 i wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie do
2463 zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się i
2464 ukaże rzeczy niesłychane i olśniewaj�
2465 ce. Lecz nie było mi dane doczekać
2466 tej chwili, albowiem tymczasem ojciec zacz�
2467 ł zdradzać pewne oznaki
2468 zaniepokojenia, chwytał się za kieszenie i wreszcie oświadczył, że
2469 zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiej
2470 naradzie z matk�
2471 , w której uczciwość Adeli została poddana pospiesznej,
2472 ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu na
2473 poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczęcia widowiska było
2474 jeszcze wiele czasu i przy mojej zwinności mogłem na czas powrócić.
2475 Wyszedłem w noc zimow�
2476 , kolorow�
2477 od iluminacji nieba. Była to jedna z
2478 tych jasnych nocy, w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i
2479 rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt
2480 odrębnych niebios, wystarczaj�
2481 cych do obdzielenia całego miesi�
2482 ca nocy
2483 zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkich
2484 ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów. Jest lekkomyślności�
2485
2486 nie do darowania wysyłać w tak�
2487 noc młodego chłopca z misj�
2488 ważn�
2489 i
2490 piln�
2491 , albowiem w jej półświetle zwielokrotniaj�
2492 się, pl�
2493 cz�
2494 i
2495 wymieniaj�
2496 jedne z drugimi ulice. Otwieraj�
2497 się w głębi miasta, żeby tak
2498 rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.
2499 Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo
2500 dawno znane i wiadome, w których te ulice maj�
2501 swe miejsce i nazwę, a
2502 noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak
2503 dostarczać wci�
2504 ż nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocy
2505 zimowych zaczynaj�
2506 się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie
2507 drogi, użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstaj�
2508 ponętne
2509 kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki jak�
2510 ś nie wypróbowan�
2511 przecznic�
2512 .
2513 Ale tym razem zaczęło się inaczej. Uszedłszy parę kroków, spostrzegłem,
2514 że jestem bez płaszcza. Chciałem zawrócić, lecz po chwili wydało mi się
2515 to niepotrzebn�
2516 strat�
2517 czasu, gdyż noc nie była wcale zimna, przeciwnie
2518 - pożyłkowana strugami dziwnego ciepła, tchnieniami jakiejś fałszywej
2519 wiosny. Śnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo,
2520 które pachniało fiołkami. W takie same baranki rozpuściło się niebo, w
2521 którym księżyc dwoił się i troił, demonstruj�
2522 c w tym zwielokrotnieniu
2523 wszystkie swe fazy i pozycje. Niebo obnażało tego dnia wewnętrzn�
2524 sw�
2525
2526 konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazuj�
2527 cych
2528 spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę
2529 przestworzy, tkankę rojeń nocnych. W tak�
2530 noc nie podobna iść Podwalem
2531 ani żadn�
2532 inn�
2533 z ciemnych ulic, które s�
2534 odwrotn�
2535 stron�
2536 , niejako
2537 podszewk�
2538 czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późnej
2539 porze bywaj�
2540 czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle
2541 nęc�
2542 cych sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne. Nazywam je
2543 sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi s�
2544
2545 wyłożone. Te prawdziwie szlachetne handle, w późn�
2546 noc otwarte, były
2547 zawsze przedmiotem moich gor�
2548 cych marzeń. Słabo oświetlone, ciemne i
2549 uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła,
2550 aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie
2551 bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych,
2552 chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów
2553 egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń
2554 Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach,
2555 mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe ksi�
2556 żki, stare
2557 folianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiaj�
2558 cych historyj. Pamiętam
2559 tych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze
2560 spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli m�
2561 drości i
2562 wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tam
2563 jedna księgarnia, w której raz ogl�
2564 dałem rzadkie i zakazane druki,
2565 publikacje tajnych klubów, zdejmuj�
2566 c zasłonę z tajemnic dręcz�
2567 cych i
2568 upojnych. Tak rzadko zdarzała się sposobność odwiedzania tych sklepów -
2569 i w dodatku z mał�
2570 , lecz wystarczaj�
2571 c�
2572 sum�
2573 pieniędzy w kieszeni. Nie
2574 można było pomin�
2575 ć tej okazji mimo ważności misji powierzonej naszej
2576 gorliwości. Trzeba się było zapuścić według mego obliczenia w boczn�
2577
2578 uliczkę, min�
2579 ć dwie albo trzy przecznice, ażeby osi�
2580 gn�
2581 ć ulicę nocnych
2582 sklepów. To oddalało mnie od celu, ale można było nadrobić spóźnienie,
2583 wracaj�
2584 c drog�
2585 na Żupy Solne. Uskrzydlony pragnieniem zwiedzenia sklepów
2586 cynamonowych, skręciłem w wiadom�
2587 mi ulicę i leciałem więcej, aniżeli
2588 szedłem, bacz�
2589 c, by nie zmylić drogi. Tak min�
2590 łem już trzeci�
2591 czy
2592 czwart�
2593 przecznicę, a upragnionej ulicy wci�
2594 ż nie było. W dodatku nawet
2595 konfiguracja ulic nie odpowiadała oczekiwanemu obrazowi. Sklepów ani
2596 śladu. Szedłem ulic�
2597 , której domy nie miały nigdzie bramy wchodowej,
2598 tylko okna szczelnie zamknięte, ślepe odblaskiem księżyca. Po drugiej
2599 stronie tych domów musi prowadzić właściwa ulica, od której te domy s�
2600
2601 dostępne - myślałem sobie. Z niepokojem przyspieszałem kroku, rezygnuj�
2602 c
2603 w duchu z myśli zwiedzenia sklepów. Byle tylko wydostać się st�
2604 d prędko
2605 w znane okolice miasta. Zbliżałem się do wylotu, pełen niepokoju, gdzie
2606 też ona mnie wyprowadzi. Wyszedłem na szeroki, rzadko zabudowany
2607 gościniec, bardzo długi i prosty. Owiał mnie od razu oddech szerokiej
2608 przestrzeni. Stały tam przy ulicy albo w głębi ogrodów malownicze wille,
2609 ozdobne budynki bogaczy. W przerwach między nimi widniały parki i mury
2610 sadów. Obraz przypominał z daleka ulicę Leszniańsk�
2611 w jej dolnych i
2612 rzadko zwiedzanych okolicach. Światło księżyca, rozpuszczone w
2613 tysi�
2614 cznych barankach, w łuskach srebrnych na niebie, było blade i tak
2615 jasne jak w dzień - tylko parki i ogrody czerniały w tym srebrnym
2616 krajobrazie. Przyjrzawszy się bacznie jednemu z budynków, doszedłem do
2617 przekonania, że mam przed sob�
2618 tyln�
2619 i nigdy nie widzian�
2620 stronę gmachu
2621 gimnazjalnego. Właśnie dochodziłem do bramy, która ku memu zdziwieniu
2622 była otwarta, sień oświetlona. Wszedłem i znalazłem się na czerwonym
2623 chodniku korytarza. Miałem nadzieję, że zdołam nie spostrzeżony
2624 przekraść się przez budynek i wyjść przedni�
2625 bram�
2626 , skracaj�
2627 c sobie
2628 znakomicie drogę. Przypomniałem sobie, że o tej późnej godzinie musi się
2629 w sali profesora Arendta odbywać jedna z lekcyj nadobowi�
2630 zkowych,
2631 prowadzona w późn�
2632 noc, na które zbieraliśmy się zimow�
2633 por�
2634 , płon�
2635 c
2636 szlachetnym zapałem do ćwiczeń rysunkowych, jakim natchn�
2637 ł nas ten
2638 znakomity nauczyciel. Mała gromadka pilnych gubiła się prawie w wielkiej
2639 ciemnej sali, na której ścianach ogromniały i łamały się cienie naszych
2640 głów, rzucane od dwóch małych świeczek płon�
2641 cych w szyjkach butelek.
2642 Prawdę mówi�
2643 c, niewieleśmy podczas tych godzin rysowali i profesor nie
2644 stawiał zbyt ścisłych wymagań. Niektórzy przynosili sobie z domu
2645 poduszki i układali się na ławkach do powierzchownej drzemki. I tylko
2646 najpilniejsi rysowali pod sam�
2647 świec�
2648 , w złotym kręgu jej blasku.
2649 Czekaliśmy zazwyczaj długo na przyjście profesora, nudz�
2650 c się wśród
2651 sennych rozmów. Wreszcie otwierały się drzwi jego pokoju i wchodził -
2652 mały, z piękn�
2653 brod�
2654 , pełen ezoterycznych uśmiechów, dyskretnych
2655 przemilczeń i aromatu tajemnicy. Szybko zaciskał za sob�
2656 drzwi gabinetu,
2657 przez które w momencie otworzenia tłoczyła się za jego głow�
2658 ciżba
2659 gipsowych cieni, fragmentów klasycznych, bolesnych Niobid, Danaid i
2660 Tantalidów, cały smutny i jałowy Olimp, więdn�
2661 cy od lat w tym muzeum
2662 gipsów. Zmierzch tego pokoju mętniał i za dnia i przelewał się sennie od
2663 gipsowych marzeń, pustych spojrzeń, bledn�
2664 cych owali i zamyśleń
2665 odchodz�
2666 cych w nicość. Lubiliśmy nieraz podsłuchiwać pod drzwiami -
2667 ciszy, pełnej westchnień i szeptów tego kruszej�
2668 cego w pajęczynach
2669 rumowiska, tego rozkładaj�
2670 cego się w nudzie i monotonii zmierzchu bogów.
2671 Profesor przechadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustych
2672 ławek, wśród których rozrzuceni małymi grupkami, rysowaliśmy coś w
2673 szarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie
2674 koledzy moi układali się do snu. Świeczki powoli dogasały w butelkach.
2675 Profesor pogr�
2676 żał się w głębok�
2677 witrynę, pełn�
2678 starych foliałów,
2679 staromodnych ilustracyj, sztychów i druków. Pokazywał nam wśród
2680 ezoterycznych gestów stare litografie wieczornych pejzaży, gęstwiny
2681 nocne, aleje zimowych parków, czerniej�
2682 ce na białych drogach
2683 księżycowych. Wśród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegł
2684 nierównomiernie, robi�
2685 c niejako węzły w upływie godzin, połykaj�
2686 c kędyś
2687 całe puste interwały trwania, Niespostrzeżenie, bez przejścia,
2688 odnajdywaliśmy nasz�
2689 czeredę już w drodze powrotnej na białej od śniegu
2690 ścieżce szpaleru, flankowanej czarn�
2691 , such�
2692 gęstwin�
2693 krzaków. Szliśmy
2694 wzdłuż tego włochatego brzegu ciemności, ocieraj�
2695 c się o niedźwiedzie
2696 futro krzaków, trzaskaj�
2697 cych pod naszymi nogami w jasn�
2698 noc
2699 bezksiężycow�
2700 , w mleczny, fałszywy dzień, daleko po północy. Rozprószona
2701 biel tego światła, mż�
2702 ca ze śniegu, z bladego powietrza, z mlecznych
2703 przestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głębok�
2704 czerni�
2705
2706 pl�
2707 tały się kreski i szrafirunki gęstych zarośli. Noc powtarzała teraz
2708 głęboko po północy te serie nokturnów, sztychów nocnych profesora
2709 Arendta, kontynuowała jego fantazje. W tej czarnej gęstwinie parku, we
2710 włochatej sierści zarośli, w masie kruchego chrustu były miejscami
2711 nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarności, pełne pl�
2712 taniny,
2713 sekretnych gestów, bezładnej rozmowy na migi. Było w tych gniazdach
2714 zacisznie i ciepło. Siadaliśmy tam na letnim miękkim śniegu w naszych
2715 włochatych płaszczach, zajadaj�
2716 c orzechy, których pełna była leszczynowa
2717 ta gęstwina w ow�
2718 wiosenn�
2719 zimę. Przez zarośla przewijały się bezgłośnie
2720 kuny, łasice i ichneumony, futrzane, węsz�
2721 ce zwierz�
2722 tka, śmierdz�
2723 ce
2724 kożuchem, wydłużone, na niskich łapkach. Podejrzewaliśmy, że były między
2725 nimi okazy gabinetu szkolnego, które choć wypatroszone i łysiej�
2726 ce,
2727 uczuwały w tę biał�
2728 noc w swym pustym wnętrzu głos starego instynktu,
2729 głos rui, i wracały do matecznika na krótki, złudny żywot. Ale powoli
2730 fosforescencja wiosennego śniegu mętniała i gasła i nadchodziła czarna i
2731 gęsta oćma przed świtem. Niektórzy z nas zasypiali w ciepłym śniegu,
2732 inni domacywali się w gęstwinie bram swych domów, wchodzili omackiem do
2733 ciemnych wnętrzy, w sen rodziców i braci, w dalszy ci�
2734 g głębokiego
2735 chrapania, które doganiali na swych spóźnionych drogach. Te nocne seanse
2736 pełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pomin�
2737 ć
2738 sposobności, by nie zagl�
2739 dn�
2740 ć na moment do sali rysunkowej,
2741 postanawiaj�
2742 c, że nie pozwolę się tam zatrzymać dłużej nad krótk�
2743
2744 chwilkę. Ale wstępuj�
2745 c po tylnych, cedrowych schodach, pełnych
2746 dźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy nie
2747 widzianej stronie gmachu. Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennej
2748 ciszy. Korytarze były w tym skrzydle obszerniejsze, wysłane pluszowym
2749 dywanem i pełne wytworności. Małe, ciemno płon�
2750 ce lampy świeciły na ich
2751 zagięciach. Min�
2752 wszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytarzu
2753 jeszcze większym, strojnym w przepych pałacowy. Jedna jego ściana
2754 otwierała się szerokimi, szklanymi arkadami do wnętrza mieszkania.
2755 Zaczynała się tu przed oczyma długa amfilada pokojów, biegn�
2756 cych w gł�
2757 b
2758 i urz�
2759 dzonych z olśniewaj�
2760 c�
2761 wspaniałości�
2762 . Szpalerem obić jedwabnych,
2763 luster złoconych, kosztownych mebli i kryształowych paj�
2764 ków biegł wzrok
2765 w puszysty mi�
2766 ższ tych zbytkownych wnętrzy, pełnych kolorowego wirowania
2767 i migotliwych arabesek, pl�
2768 cz�
2769 cych się girland i p�
2770 czkuj�
2771 cych kwiatów.
2772 Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń,
2773 które oddawały sobie zwierciadła, i popłochu arabesek, biegn�
2774 cych wysoko
2775 fryzami wzdłuż ścian i gubi�
2776 cych się w sztukateriach białych sufitów. Z
2777 podziwem i czci�
2778 stałem przed tym przepychem, domyślałem się, że nocna
2779 moja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skrzydło dyrektora,
2780 przed jego prywatne mieszkanie. Stałem przygwożdżony ciekawości�
2781 , z
2782 bij�
2783 cym sercem, gotów do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mógłbym,
2784 przyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwałe
2785 wścibstwo? W którymś z głębokich pluszowych foteli mogła, nie
2786 dostrzeżona i cicha, siedzieć córeczka dyrektora i podnieść nagle na
2787 mnie oczy znad ksi�
2788 żki - czarne, sybilińskie, spokojne oczy, których
2789 spojrzenia nikt z nas wytrzymać nie umiał. Ale cofn�
2790 ć się w połowie
2791 drogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie za
2792 tchórzostwo. Zreszt�
2793 głęboka cisza panowała dookoła w pełnych przepychu
2794 wnętrzach, oświetlonych przyćmionym światłem nie określonej pory. Przez
2795 arkady korytarza widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże,
2796 oszklone drzwi, prowadz�
2797 ce na taras. Było tak cicho wokoło, że nabrałem
2798 odwagi. Nie wydawało mi się to poł�
2799 czone ze zbyt wielkim ryzykiem, zejść
2800 z paru stopni, prowadz�
2801 cych do poziomu sali, w kilku susach przebiegn�
2802 ć
2803 wielki, kosztowny dywan i znaleźć się na tarasie, z którego bez trudu
2804 dostać się mogłem na dobrze mi znan�
2805 ulicę. Uczyniłem tak. Zeszedłszy na
2806 parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelaj�
2807 ce tam z wazonów aż do
2808 arabesek sufitu, spostrzegłem, że znajduję się już właściwie na gruncie
2809 neutralnym, gdyż salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem
2810 wielkiej loggii, ł�
2811 cz�
2812 cej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim.
2813 Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku.
2814 Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy.
2815 Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy przekręciły
2816 się na drug�
2817 stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, które
2818 rozświetlał sw�
2819 niewidzialn�
2820 obecności�
2821 , zdawał się mieć przed sob�
2822
2823 jeszcze nieskończon�
2824 drogę i, zatopiony w swych zawiłych procederach
2825 niebieskich, nie myślał o świcie. Na ulicy czerniało kilka dorożek,
2826 rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemi�
2827 ce kraby czy karakony.
2828 Woźnica nachylił się z wysokiego kozła. Miał twarz drobn�
2829 , czerwon�
2830 i
2831 dobroduszn�
2832 . - Pojedziemy, paniczu? - zapytał. Powóz zadygotał we
2833 wszystkich stawach i przegubach swego wieloczłonkowego ciała i ruszył na
2834 lekkich obręczach. Ale kto w tak�
2835 noc powierza się kaprysom
2836 nieobliczalnego dorożkarza? Wśród klekotu szprych, wśród dudnienia pudła
2837 i budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał na
2838 wszystko niedbale i pobłażliwie głow�
2839 i podśpiewywał sobie, jad�
2840 c drog�
2841
2842 okrężn�
2843 przez miasto. Przed jakimś szynkiem stała grupa dorożkarzy,
2844 kiwaj�
2845 c nań przyjaźnie rękami. Odpowiedział im coś radośnie, po czym nie
2846 zatrzymuj�
2847 c pojazdu, rzucił mi lejce na kolana, spuścił się z kozła i
2848 przył�
2849 czył do gromady kolegów. Koń, stary m�
2850 dry koń dorożkarski,
2851 ogl�
2852 dn�
2853 ł się pobieżnie i pojechał dalej jednostajnym, dorożkarskim
2854 kłusem. Właściwie koń ten budził zaufanie - wydawał się m�
2855 drzejszy od
2856 woźnicy. Ale powozić nie umiałem - trzeba się było zdać na jego wolę.
2857 Wjechaliśmy na podmiejsk�
2858 ulicę ujęt�
2859 z obu stron w ogrody. Ogrody te
2860 przechodziły zwolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodrzewne, a te
2861 w lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejsz�
2862 noc
2863 zimow�
2864 . Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmiern�
2865 , na
2866 której spiętrzyły się fantastyczne l�
2867 dy, oceany i morza, porysowane
2868 liniami wirów i pr�
2869 dów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii
2870 niebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jak
2871 gaza srebrna. Pachniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakuły
2872 śniegu wychylały się anemony drż�
2873 ce, z iskr�
2874 światła księżycowego w
2875 delikatnym kielichu. Las cały zdawał się iluminować tysi�
2876 cznymi
2877 światłami, gwiazdami, które rzęsiście ronił grudniowy firmament.
2878 Powietrze dyszało jak�
2879 ś tajn�
2880 wiosn�
2881 , niewypowiedzian�
2882 czystości�
2883 śniegu
2884 i fiołków. Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych
2885 nagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo.
2886 Ujrzałem na tych szczęśliwych zboczach całe grupy wędrowców,
2887 zbieraj�
2888 cych wśród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy.
2889 Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ci�
2890 gn�
2891 ł pojazd,
2892 graj�
2893 cy wszystkimi przegubami. Byłem szczęśliwy. Pierś moja wchłaniała
2894 tę błog�
2895 wiosnę powietrza, świeżość gwiazd i śniegu. Przed piersi�
2896 konia
2897 zbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem
2898 przekopywał się koń przez czyst�
2899 i śwież�
2900 jego masę. Wreszcie ustał.
2901 Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszon�
2902 głow�
2903 . Przytuliłem jego
2904 łeb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lśniły łzy. Wtedy
2905 ujrzałem na jego brzuchu okr�
2906 gł�
2907 czarn�
2908 ranę. - -Dlaczego mi nie
2909 powiedziałeś? - szepn�
2910 łem ze łzami. - Drogi mój - to dla ciebie - rzekł
2911 i stał się bardzo mały, jak konik z drzewa. Opuściłem go. Czułem się
2912 dziwnie lekki i szczęśliwy. Zastanawiałem się, czy czekać na mał�
2913
2914 kolejkę lokaln�
2915 , która tu zajeżdżała, czy też pieszo wrócić do miasta.
2916 Zacz�
2917 łem schodzić strom�
2918 serpentyn�
2919 wśród lasu, pocz�
2920 tkowo id�
2921 c krokiem
2922 lekkim, elastycznym, potem, nabieraj�
2923 c rozpędu, przeszedłem w posuwisty
2924 szczęśliwy bieg, który zmienił się wnet w jazdę jak na nartach. Mogłem
2925 dowoli regulować szybkość, kierować jazd�
2926 przy pomocy lekkich zwrotów
2927 ciała. W pobliżu miasta zahamowałem ten bieg tryumfalny, zmieniaj�
2928 c go
2929 na przyzwoity krok spacerowy. Księżyc stał jeszcze ci�
2930 gle wysoko.
2931 Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnych sklepień w coraz to
2932 kunsztowniejsze konfiguracje nie miały końca. Jak srebrne astrolabium
2933 otwierało niebo w tę noc czarodziejsk�
2934 mechanizm wnętrza i ukazywało w
2935 nieskończonych ewolucjach złocist�
2936 matematykę swych kół i trybów. Na
2937 rynku spotkałem ludzi zażywaj�
2938 cych przechadzki. Wszyscy, oczarowani
2939 widowiskiem tej nocy, mieli twarze wzniesione i srebrne od magii nieba.
2940 Troska o portfel opuściła mnie zupełnie. Ojciec, pogr�
2941 żony w swych
2942 dziwactwach, zapewne zapomniał już o zgubie, o matkę nie dbałem. W tak�
2943
2944 noc, jedyn�
2945 w roku, przychodz�
2946 szczęśliwe myśli, natchnienia, wieszcze
2947 tknięcia palca bożego. Pełen pomysłów i inspiracji, chciałem skierować
2948 się do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z ksi�
2949 żkami pod pach�
2950 . Zbyt
2951 wcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasności�
2952 tej nocy, która nie
2953 chciała się skończyć. Poszliśmy gromad�
2954 na spacer stromo spadaj�
2955 c�
2956
2957 ulic�
2958 , z której wiał powiew fiołków, niepewni, czy to jeszcze magia nocy
2959 srebrzyła się na śniegu, czy też świt już wstawał...
2960
2961 ULICA KROKODYLI Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego
2962 głębokiego biurka star�
2963 i piękn�
2964 mapę naszego miasta. Był to cały
2965 wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone skrawkami
2966 płótna, tworzyły ogromn�
2967 mapę ścienn�
2968 w kształcie panoramy z ptasiej
2969 perspektywy. Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego
2970 pokoju i otwierała daleki widok na cał�
2971 dolinę Tyśmienicy, wij�
2972 cej się
2973 falisto bladozłot�
2974 wstęg�
2975 , na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarów
2976 i stawów, na pofałdowane przedgórza, ci�
2977 gn�
2978 ce się ku południowi, naprzód
2979 z rzadka, potem coraz tłumniejszymi pasmami, szachownic�
2980 okr�
2981 gławych
2982 wzgórzy, coraz mniejszych i coraz bledszych, w miarę jak odchodziły ku
2983 złotawej i dymnej mgle horyzontu. Z tej zwiędłej dali peryferii
2984 wynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód jeszcze w nie
2985 zróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,
2986 poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić się
2987 w pojedyncze kamienice, sztychowane z ostr�
2988 wyrazistości�
2989 widoków
2990 ogl�
2991 danych przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharz
2992 cały zawikłany i wieloraki zgiełk ulic i zaułków, ostr�
2993 wyrazistość
2994 gzymsów, architrawów, archiwolt i pilastrów, świec�
2995 cych w późnym i
2996 ciemnym złocie pochmurnego popołudnia, które pogr�
2997 ża wszystkie załomy i
2998 framugi w głębokiej sepii cienia. Bryły i pryzmy tego cienia wcinały
2999 się, jak plastry ciemnego miodu, w w�
3000 wozy ulic, zatapiały w swej
3001 ciepłej, soczystej masie tu cał�
3002 połowę ulicy, tam wyłom między domami,
3003 dramatyzowały i orkiestrowały ponur�
3004 romantyk�
3005 cieni tę wielorak�
3006
3007 polifonię architektoniczn�
3008 . Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych
3009 prospektów, okolica Ulicy Krokodylej świeciła pust�
3010 biel�
3011 , jak�
3012 na
3013 kartach geograficznych zwykło się oznaczać okolice podbiegunowe, krainy
3014 niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie kilku ulic wrysowane tam
3015 były czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym, nieozdobnym
3016 piśmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych napisów. Widocznie
3017 kartograf wzbraniał się uznać przynależność tej dzielnicy do zespołu
3018 miasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponuj�
3019 cym
3020 wykonaniu. Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę na
3021 dwuznaczny i w�
3022 tpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegaj�
3023 cy od
3024 zasadniczego tonu całego miasta. Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z
3025 podkreślonym jaskrawo charakterem trzeźwej użytkowości. Duch czasu,
3026 mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzenie
3027 na skrawku jego peryferii, gdzie rozwin�
3028 ł się w pasożytnicz�
3029 dzielnicę.
3030 Kiedy w starym mieście panował wci�
3031 ż jeszcze nocny, pok�
3032 tny handel,
3033 pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od
3034 razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm,
3035 zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujn�
3036 ,
3037 lecz pust�
3038 i bezbarwn�
3039 wegetacj�
3040 tandetnej, lichej pretensjonalności.
3041 Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych
3042 fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu.
3043 Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które
3044 dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje
3045 wielkomiejskich urz�
3046 dzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łami�
3047 ce w
3048 falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali,
3049 szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadaj�
3050 cych pajęczyn�
3051 i kłakami
3052 kurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i krusz�
3053 cych się ścian,
3054 wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. Tak ci�
3055 gnęły się
3056 jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany,
3057 drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły
3058 ukośnie lub w półkolu biegn�
3059 ce napisy ze złoconych plastycznych liter:
3060 CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND. Rdzenni mieszkańcy miasta
3061 trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny,
3062 przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istn�
3063
3064 lichotę moraln�
3065 , tę tandetn�
3066 odmianę człowieka, która rodzi się w takich
3067 efemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej
3068 pokusy zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabł�
3069 kiwał się
3070 na wpół przypadkiem w tę w�
3071 tpliw�
3072 dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem
3073 wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i
3074 hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej
3075 intymności, brudnego zmieszania. Dzielnica ta była eldoradem takich
3076 dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godności własnej.
3077 Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszało
3078 sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźnie
3079 przymrużonym perskim okiem - do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalało
3080 z pęt nisk�
3081 naturę. Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwn�
3082
3083 osobliwość tej dzielnicy: brak barw, jak gdyby w tym tandetnym, w
3084 pośpiechu wyrosłym mieście nie można było sobie pozwolić na luksus
3085 kolorów. Wszystko tam było szare jak na jednobarwnych fotografiach, jak
3086 w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza zwykł�
3087
3088 metaforę, gdyż chwilami, wędruj�
3089 c po tej części miasta, miało się w
3090 istocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie, w nudnych
3091 rubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagnieździły się
3092 pasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, w�
3093 tpliwe ilustracje; i
3094 wędrówki te były równie jałowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji,
3095 pędzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych druków. Wchodziło się
3096 do jakiegoś krawca, żeby zamówić ubranie - ubranie o taniej elegancji,
3097 tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal był wielki i pusty,
3098 bardzo wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopiętrowe półki wznosz�
3099 się jedne
3100 nad drugimi w nie określon�
3101 wysokość tej hali. Kondygnacje pustych półek
3102 wyprowadzaj�
3103 wzrok w górę aż pod sufit, który może być niebem - lichym,
3104 bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy. Natomiast dalsze magazyny,
3105 które widać przez otwarte drzwi, pełne s�
3106 aż pod sufit pudeł i kartonów,
3107 piętrz�
3108 cych się ogromn�
3109 kartotek�
3110 , która rozpada się w górze, pod
3111 zagmatwanym niebem strychu w kubaturę pustki, w jałowy budulec nicości.
3112 Przez wielkie szare okna, kratkowane wielokrotnie jak arkusze papieru
3113 kancelaryjnego, nie wchodzi światło, gdyż przestrzeń sklepu już
3114 napełniona jest, jak wod�
3115 , indyferentn�
3116 szar�
3117 poświat�
3118 , która nie rzuca
3119 cienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija się jakiś smukły
3120 młodzieniec, zadziwiaj�
3121 co usłużny, giętki i nieodporny, ażeby dogodzić
3122 naszym życzeniom i zalać nas tani�
3123 i łatw�
3124 wymow�
3125 subiekta. Ale gdy,
3126 gadaj�
3127 c, rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, fałduje i drapuje
3128 niekończ�
3129 c�
3130 się strugę materiału, przepływaj�
3131 c�
3132 przez jego ręce,
3133 formuj�
3134 c z jego fal iluzoryczne surduty i spodnie, cała ta manipulacja
3135 wydaje się czymś nieistotnym, pozorem, komedi�
3136 , ironicznie zarzucon�
3137
3138 zasłon�
3139 na prawdziwy sens sprawy. Panienki sklepowe, smukłe i czarne,
3140 każda z jak�
3141 ś skaz�
3142 piękności (charakterystyczn�
3143 dla tej dzielnicy
3144 wybrakowanych artykułów), wchodz�
3145 i wychodz�
3146 , staj�
3147 w drzwiach
3148 magazynów, sonduj�
3149 c oczyma, czy rzecz wiadoma (powierzona doświadczonym
3150 rękom subiekta) dojrzewa do punktu właściwego. Subiekt przymila się i
3151 kryguje i chwilami robi wrażenie transwestyty. Chciałoby się go uj�
3152 ć pod
3153 miękko zarysowan�
3154 brodę lub uszczyp-n�
3155 ć w upudrowany blady policzek, gdy
3156 z porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę na markę
3157 ochronn�
3158 towaru, markę o przejrzystej symbolice. Zwolna sprawa wyboru
3159 ubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do efeminacji i zepsuty
3160 młodzieniec, pełen zrozumienia dla najintymniejszych poruszeń klienta,
3161 przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, cał�
3162
3163 bibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego
3164 zbieracza. Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko
3165 fasad�
3166 , za któr�
3167 kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych
3168 wydawnictw i druków prywatnych. Usłużny subiekt otwiera dalsze składy,
3169 wypełnione aż pod sufit ksi�
3170 żkami, rycinami, fotografiami. Te winiety,
3171 te ryciny przechodz�
3172 stokrotnie najśmielsze nasze marzenia. Takich
3173 kulminacyj zepsucia, takich wymyślności wyuzdania nie przeczuwaliśmy
3174 nigdy. Panienki sklepowe przesuwaj�
3175 się coraz częściej pomiędzy
3176 szeregami ksi�
3177 żek, szare i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutych
3178 twarzach, ciemnego pigmentu brunetek o lśni�
3179 cej i tłustej czarności,
3180 która zaczajona w oczach, z nagła wybiegała z nich zygzakiem lśni�
3181 cego
3182 karakoniego biegu. Ale i w spalonych rumieńcach, w pikantnych stygmatach
3183 pieprzyków, we wstydliwych znamionach ciemnego puszku zdradzała się rasa
3184 zapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt intensywnej mocy, ta mokka
3185 gęsta i aromatyczna zdawała się plamić ksi�
3186 żki, które brały one do
3187 oliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować i zostawiać w
3188 powietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka o
3189 podniecaj�
3190 cej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwi�
3191 złość zrzucała
3192 coraz bardziej hamulce pozorów. Subiekt, wyczerpawszy sw�
3193 natarczyw�
3194
3195 aktywność, przechodził powoli do kobiecej bierności. Leży teraz na
3196 jednej z wielu kanap, porozstawianych wśród rejonów ksi�
3197 żek, w jedwabnej
3198 pidżamie, odsłaniaj�
3199 cej kobiecy dekolt. Panienki demonstruj�
3200 , jedna
3201 przed drug�
3202 , figury i pozycje rycin okładkowych, inne zasypiaj�
3203 już na
3204 prowizorycznych posłaniach. Nacisk na klienta rozluźniał się.
3205 Wypuszczano go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie
3206 samemu. Subiektki, zajęte rozmow�
3207 , nie zwracały nań więcej uwagi.
3208 Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontra
3209 poście, przestępowały z nogi na nogę, graj�
3210 c kokieteryjnym obuwiem,
3211 przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężow�
3212 grę członków,
3213 atakuj�
3214 c ni�
3215 spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności podnieconego
3216 widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w gł�
3217 b z
3218 wyrachowaniem, otwieraj�
3219 c woln�
3220 przestrzeń dla aktywności gościa.
3221 Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, ażeby wymkn�
3222 ć się nieprzewidzianym
3223 konsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę. Nikt nas nie
3224 zatrzymuje. Przez korytarze ksi�
3225 żek, pomiędzy długimi regałami czasopism
3226 i druków wydostajemy się ze sklepu i oto jesteśmy w tym miejscu Ulicy
3227 Krokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu widać niemal cał�
3228 długość
3229 tego szerokiego traktu aż do dalekich, nie wykończonych zabudowań dworca
3230 kolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej okolicy, i cała
3231 sceneria wydaje się chwilami fotografi�
3232 z ilustrowanej gazety, tak
3233 szare, tak płaskie s�
3234 domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistość jest
3235 cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza sw�
3236 imitatywność.
3237 Chwilami ma się wrażenie, że tylko na małym skrawku przed nami układa
3238 się wszystko przykładnie w ten pointowany obraz bulwaru
3239 wielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwi�
3240 zuje się i rozprzęga
3241 ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej roli, rozpada
3242 się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoś ogromnego pustego
3243 teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży na
3244 tym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania widowiska. Wbrew
3245 lepszej wiedzy czujemy się wci�
3246 gnięci w tandetny czar dzielnicy. Zreszt�
3247
3248 nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,
3249 parterowych domków podmiejskich zmieniaj�
3250 się z wielopiętrowymi
3251 kamienicami, które zbudowane jak z kartonu, s�
3252 konglomeratem szyldów,
3253 ślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod
3254 domami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,
3255 ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełna
3256 wybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tym
3257 mieście, mieszkańcy mówi�
3258 o nim z dum�
3259 i porozumiewawczym błyskiem w
3260 oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty sw�
3261 rol�
3262 i pełen
3263 gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo
3264 zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej,
3265 bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera
3266 dziwnej błahości przenika tę cał�
3267 scenerię. Tłum płynie monotonnie i,
3268 rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływaj�
3269
3270 w spl�
3271 tanym, łagodnym zgiełku, nie dochodz�
3272 c do zupełnej wyrazistości.
3273 Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe
3274 spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół
3275 twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały,
3276 jak�
3277 ś nogę wysunięt�
3278 w kroku i tak już zastygł�
3279 na zawsze. Osobliwości�
3280
3281 dzielnicy s�
3282 dorożki bez woźniców, biegn�
3283 ce samopas po ulicach. Nie
3284 jakoby nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysi�
3285 cem
3286 spraw, nie troszcz�
3287 się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustego
3288 gestu nie przywi�
3289 zuje się zbytniej wagi do ścisłego celu jazdy i
3290 pasażerowie powierzaj�
3291 się tym błędnym pojazdom z lekkomyślności�
3292 , która
3293 cechuje tu wszystko. Nieraz można ich widzieć na niebezpiecznych
3294 zakrętach, wychylonych daleko z połamanej budy, jak z lejcami w dłoniach
3295 przeprowadzaj�
3296 z natężeniem trudny manewr wymijania. Mamy w tej
3297 dzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich święci tu najwyższy
3298 swój triumf. Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych z
3299 papier mâché, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniego
3300 użytku. Często brak im zupełnie przedniej ściany tak, że widzieć można w
3301 przejeździe pasażerów, siedz�
3302 cych sztywnie i zachowuj�
3303 cych się z wielk�
3304
3305 godności�
3306 . Tramwaje te popychane s�
3307 przez tragarzy miejskich.
3308 Najdziwniejsz�
3309 atoli rzecz�
3310 jest komunikacja kolejowa na Ulicy
3311 Krokodylej. Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieś ku końcowi
3312 tygodnia można zauważyć tłum ludzi czekaj�
3313 cych na zakręcie ulicy na
3314 poci�
3315 g. Nie jest się nigdy pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, i
3316 zdarza się często, że ludzie ustawiaj�
3317 się w dwóch różnych punktach, nie
3318 mog�
3319 c uzgodnić swych pogl�
3320 dów na miejsce przystanku. Czekaj�
3321 długo i
3322 stoj�
3323 czarnym milcz�
3324 cym tłumem wzdłuż ledwo zarysowanych śladów toru, z
3325 twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z papieru, wyciętych w
3326 fantastyczn�
3327 linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie zajeżdża, już
3328 wjechał z bocznej uliczki, sk�
3329 d go oczekiwano, niski jak w�
3330 ż,
3331 miniaturowy, z mał�
3332 , sapi�
3333 c�
3334 , kręp�
3335 lokomotyw�
3336 . Wjechał w ten czarny
3337 szpaler i ulica staje się ciemna od tego ci�
3338 gu wozów, siej�
3339 cych pył
3340 węglowy. Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku,
3341 tłumiony pośpiech i zdenerwowanie zamieniaj�
3342 ulicę na chwilę w halę
3343 dworca kolejowego w szybko zapadaj�
3344 cym zmierzchu zimowym. Plag�
3345 naszego
3346 miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo. W ostatniej
3347 chwili, gdy poci�
3348 g już stoi na stacji, tocz�
3349 się w nerwowym pośpiechu
3350 pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te
3351 negocjacje się kończ�
3352 , poci�
3353 g rusza, odprowadzany przez wolno sun�
3354 cy,
3355 rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie
3356 rozproszyć. Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanego
3357 dworca, pełnego zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się
3358 znowu, rozszerza i przepuszcza znów swym korytem beztroski monotonny
3359 tłum spacerowiczów, który wędruje wśród gwaru rozmów wzdłuż wystaw
3360 sklepowych, tych brudnych, szarych czworoboków, pełnych tandetnych
3361 towarów, wielkich woskowych manekinów i lalek fryzjerskich. Wyzywaj�
3362 co
3363 ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodz�
3364 prostytutki. Mog�
3365 to
3366 być zreszt�
3367 żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Id�
3368
3369 drapieżnym, posuwistym krokiem i maj�
3370 w niedobrych, zepsutych twarzach
3371 nieznaczn�
3372 skazę, która je przekreśla: zezuj�
3373 czarnym, krzywym zezem lub
3374 maj�
3375 usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkańcy miasta dumni
3376 s�
3377 z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamy
3378 potrzeby niczego sobie odmawiać - myśl�
3379 z dum�
3380 - stać nas i na prawdziw�
3381
3382 wielkomiejsk�
3383 rozpustę. Twierdz�
3384 oni, że każda kobieta w tej dzielnicy
3385 jest kokot�
3386 . W istocie wystarczy zwrócić uwagę na któr�
3387 ś - a natychmiast
3388 spotyka się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkoszn�
3389
3390 pewności�
3391 . Nawet dziewczęta szkolne nosz�
3392 tu w pewien charakterystyczny
3393 sposób kokardy, stawiaj�
3394 swoist�
3395 manier�
3396 smukłe nogi i maj�
3397 tę nieczyst�
3398
3399 skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie. A
3400 jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatni�
3401 tajemnicę tej dzielnicy,
3402 troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli? Kilkakrotnie w trakcie
3403 naszego sprawozdania stawialiśmy pewne znaki ostrzegawcze, dawaliśmy w
3404 delikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzie
3405 nie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówiliśmy o
3406 imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te maj�
3407
3408 zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić połowiczny i
3409 niezdecydowany charakter jej rzeczywistości. Język nasz nie posiada
3410 określeń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jej
3411 giętkość. Powiedzmy bez ogródek: fatalności�
3412 tej dzielnicy jest, że nic
3413 w niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego definitivum,
3414 wszystkie ruchy rozpoczęte zawisaj�
3415 w powietrzu, wszystkie gesty
3416 wyczerpuj�
3417 się przedwcześnie i nie mog�
3418 przekroczyć pewnego martwego
3419 punktu. Mogliśmy już zauważyć wielk�
3420 bujność i rozrzutność - w
3421 intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę.
3422 Cała ona nie jest niczym innym jak fermentacj�
3423 pragnień, przedwcześnie
3424 wybujał�
3425 i dlatego bezsiln�
3426 i pust�
3427 . W atmosferze nadmiernej łatwości
3428 kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i
3429 rośnie w pust�
3430 , wydęt�
3431 narośl, wystrzela szara i lekka wegetacja
3432 puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiej
3433 tkanki majaku i haszyszu. Nad cał�
3434 dzielnic�
3435 unosi się leniwy i
3436 rozwi�
3437 zły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydaj�
3438 się niekiedy
3439 dreszczem na jej gor�
3440 czkuj�
3441 cym ciele, gęsi�
3442 skórk�
3443 na jej febrycznych
3444 marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni
3445 możliwościami, wstrz�
3446 śnięci bliskości�
3447 spełnienia, pobladli i bezwładni
3448 rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.
3449 Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa,
3450 atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdn�
3451 i rozpadaj�
3452 się w
3453 nicość, oszalałe szare maki ekscytacji rozsypuj�
3454 się w popiół. Będziemy
3455 wiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcji
3456 podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemy
3457 bł�
3458 dzili od szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimy
3459 dziesi�
3460 tki magazynów, trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowali
3461 przez szpalery ksi�
3462 żek, wertowali czasopisma i druki, konferowali długo
3463 i zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skażonej piękności, które
3464 nie potrafi�
3465 zrozumieć naszych życzeń. Będziemy się wikłali w
3466 nieporozumieniach, aż cała nasza gor�
3467 czka i podniecenie ulotni się w
3468 niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie. Nasze nadzieje
3469 były nieporozumieniem, dwuznaczny wygl�
3470 d lokalu i służby- pozorem,
3471 konfekcja była prawdziw�
3472 konfekcj�
3473 , a subiekt nie miał żadnych ukrytych
3474 intencyj. Świat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym
3475 zepsuciem, zagłuszonym grubymi warstwami przes�
3476 dów moralnych i banalnej
3477 pospolitości. W tym mieście taniego materiału ludzkiego brak także
3478 wybujałości instynktu, brak niezwykłych i ciemnych namiętności. Ulica
3479 Krokodyli była koncesj�
3480 naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia
3481 wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na
3482 papierow�
3483 imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych,
3484 zeszłorocznych gazet.
3485
3486 KARAKONY Było to w okresie szarych dni, które nast�
3487 piły po świetnej
3488 kolorowości genialnej epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji,
3489 ciężkie tygodnie bez niedziel i świ�
3490 t, przy zamkniętym niebie i w
3491 zubożałym krajobrazie. Ojca już wówczas nie było. Górne pokoje
3492 wysprz�
3493 tano i wynajęto pewnej telefonistce. Z całego ptasiego
3494 gospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stoj�
3495 cy na
3496 półce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych firanek stał on tam,
3497 jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca, a gorzka
3498 jego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętności i
3499 abnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały się
3500 trociny. Tylko rogowate egipskie narośle na nagim potężnym dziobie i na
3501 łysej szyi, narośle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tej
3502 starczej głowie coś dostojnie hieratycznego. Pierzasty habit jego był
3503 już w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie, szare
3504 pierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzem
3505 pokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, z
3506 którego wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwość, z
3507 jak�
3508 przeszła do porz�
3509 dku dziennego nad strat�
3510 ojca. Nigdy go nie
3511 kochała - myślałem - a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercu
3512 żadnej kobiety, przeto nie mógł też wróść w żadn�
3513 realność i unosił się
3514 wiecznie na peryferii życia, w półrealnych regionach, na krawędziach
3515 rzeczywistosci. Nawet na uczciw�
3516 obywatelsk�
3517 śmierć nie zasłużył sobie -
3518 myślałem - wszystko u niego musiało, być dziwaczne i w�
3519 tpliwe.
3520 Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć matkę otwart�
3521 rozmow�
3522 . Owego
3523 dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puch
3524 zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. W
3525 tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca
3526 wzorowy porz�
3527 dek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble
3528 przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej
3529 dyscyplinie, jak�
3530 Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór
3531 pawich, stoj�
3532 cych w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach.
3533 Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności,
3534 jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej
3535 swawoli poza oczyma. Świdrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury w
3536 ścianach, mrugały, tłoczyły się, trzepoc�
3537 c rzęsami, z palcem przy
3538 ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokój
3539 świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoła
3540 wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurki
3541 od kluczy. Nawet w obecności matki, leż�
3542 cej z zawi�
3543 zan�
3544 głow�
3545 na sofie,
3546 nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,
3547 mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało
3548 mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z
3549 kolanami przyciśniętymi do sofy matki, badaj�
3550 c dwoma palcami, jakby w
3551 zamyśleniu, delikatn�
3552 materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: -
3553 Chciałem cię już od dawna zapytać: prawda, że to jest on? - I chociaż
3554 nie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu,
3555 zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyślnie upłyn�
3556 ć chwili,
3557 żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowuj�
3558 c
3559 wzbieraj�
3560 cy gniew, spytałem: - Jaki sens maj�
3561 w takim razie te wszystkie
3562 plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, które w
3563 pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowu
3564 porz�
3565 dkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugaj�
3566 c oczyma, które były
3567 puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem
3568 - ale wiem, że pochodz�
3569 od ciebie; chcę wiedzieć prawdę. Usta jej drżały
3570 lekko, źrenice, unikaj�
3571 c mego wzroku, powędrowały w k�
3572 t oka. - Nie
3573 kłamałam - rzekła, a usta- jej napęczniały i stały się małe zarazem.
3574 Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami to
3575 prawda - sam przecież pamiętasz... - Zmieszałem się. Pamiętałem w
3576 istocie tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, które
3577 napełniało ciemność nocn�
3578 , pajęcz�
3579 bieganin�
3580 . Wszystkie szpary pełne
3581 były drgaj�
3582 cych w�
3583 sów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagła
3584 karakonem, z każdego pęknięcia podłogi mogła zlęgn�
3585 ć się ta czarna
3586 błyskawica, lec�
3587 ca oszalałym zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłęd
3588 popłochu, pisany błyszcz�
3589 c�
3590 , czarn�
3591 lini�
3592 na tablicy podłogi. Ach, te
3593 krzyki grozy ojca, skacz�
3594 cego z krzesła na krzesło z dzirytem w ręku.
3595 Nie przyjmuj�
3596 c jadła ani napoju, z wypiekami gor�
3597 czki na twarzy, z
3598 konwulsj�
3599 wstrętu wryt�
3600 dookoła ust, ojciec mój zdziczał zupełnie. Jasne
3601 było, że tego napięcia nienawiści żaden organizm długo wytrzymać nie
3602 może. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w stężał�
3603 maskę tragiczn�
3604 ,
3605 w której tylko źrenice, ukryte za doln�
3606 powiek�
3607 , leżały na czatach,
3608 napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwości. Z dzikim wrzaskiem
3609 zrywał się nagle z siedzenia, leciał na oślep w k�
3610 t pokoju i już
3611 podnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierał
3612 rozpaczliwie gmatwanin�
3613 swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu ze
3614 zgrozy z pomoc�
3615 i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby j�
3616
3617 utopić w cebrzyku. Już wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czy
3618 obrazy te zaszczepiły mi opowiadania Adeli, czy też sam byłem ich
3619 świadkiem. Ojciec mój nie posiadał już wtedy tej siły odpornej, która
3620 zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu. Zamiast odgraniczyć się do
3621 straszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mój, wydany na łup
3622 szału, wpl�
3623 tywał się w ni�
3624 coraz bardziej. Smutne skutki nie dały długo
3625 na siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze podejrzane znaki, które
3626 napełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmieniło się.
3627 Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach i mimice jęły
3628 się zdradzać znaki złego sumienia. Zacz�
3629 ł nas unikać. Krył się dzień
3630 cały po k�
3631 tach, w szafach, pod pierzyn�
3632 . .Widziałem go nieraz, jak w
3633 zamyśleniu ogl�
3634 dał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, na
3635 których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona. W dzień
3636 opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja
3637 uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późn�
3638 noc�
3639 , w świetle
3640 świecy stoj�
3641 cej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony
3642 czarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym
3643 rysunkiem przeświecaj�
3644 cej na zewn�
3645 trz anatomii, leżał na czworakach,
3646 opętany fascynacj�
3647 awersji, która go wci�
3648 gała w gł�
3649 b swych zawiłych
3650 dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem
3651 dziwnego rytuału, w którym ze zgroz�
3652 poznałem imitację ceremoniału
3653 karakoniego. Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo do
3654 karakona występowało z dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał się
3655 w karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz
3656 rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach -
3657 przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnym
3658 niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzieś jeszcze w
3659 jakiejś szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zapl�
3660 tany w afery
3661 karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co
3662 rana znaj-dowała brzuchem do góry leż�
3663 ce i najeżone nogami i które ze
3664 wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała? - A jednak - powiedziałem
3665 zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała na
3666 mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, że
3667 ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem w
3668 nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej odjechać.
3669
3670 WICHURA Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieście
3671 ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprz�
3672 tano na
3673 strychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na
3674 flaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek. Tam, w
3675 tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemność
3676 zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne
3677 sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe
3678 flaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod
3679 gontowymi przestworami falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkim
3680 stłoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnięte ze strychów,
3681 rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami,
3682 a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek,
3683 lansady drewnianych kozłów, klękaj�
3684 cych na jodłowe kolana, ażeby
3685 wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i
3686 zgiełkiem płatwi i bantów. Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki
3687 beczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne
3688 zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się ten ciemny zgiełk naczyń
3689 i napierał jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskuj�
3690 cych
3691 skopców i bredz�
3692 cych cebrów. Dudni�
3693 c dnami, piętrzyły się wiadra, beczki
3694 i konwie, dyndały się gliniane st�
3695 gwie zdunów, stare kapeluchy i
3696 cylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie, rosn�
3697 c w niebo
3698 kolumnami, które się rozpadały. I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami
3699 drewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot kl�
3700 tw
3701 i obelg, bluźni�
3702 c błotem na całej przestrzeni nocy. Aż dobluźniły się,
3703 doklęły swego. Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do
3704 brzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadci�
3705 gnęły potężne tabory wichru i
3706 stanęły nad noc�
3707 . Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępować
3708 zacz�
3709 ł w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemność ogromn�
3710
3711 wzburzon�
3712 wichur�
3713 i szalała przez trzy dni i trzy noce... - Nie
3714 pójdziesz dziś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura na
3715 dworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachn�
3716 cy żywic�
3717 . Piec
3718 wył i gwizdał, jak gdyby uwi�
3719 zana w nim była cała sfora psów czy
3720 demonów. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał
3721 się kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami. Pobiegłem
3722 boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami.
3723 Srebrzystobiałe i przestronne, porysowane było w linie sił, natężone do
3724 pęknięcia, w srogie bruzdy, jakby zastygłe żyły cyny i ołowiu.
3725 Podzielone na pola energetyczne i drż�
3726 ce od napięć, pełne było utajonej
3727 dynamiki. Rysowały się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna i
3728 nieuchwytna, ładowała krajobraz potęg�
3729 . Nie widziało się jej. Poznawało
3730 się j�
3731 po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden po
3732 drugim strychy zdawały się rosn�
3733 ć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowała
3734 w nie jej siła. Ogałacała place, zostawiała za sob�
3735 na ulicach biał�
3736
3737 pustkę, zamiatała całe połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie gi�
3738 ł
3739 się pod ni�
3740 i trzepotał, uczepiony węgła domu, samotny człowiek. Cały
3741 plac rynkowy zdawał się wybrzuszać i lśnić pust�
3742 łysin�
3743 pod jej
3744 potężnymi przelotami. Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory,
3745 grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego
3746 labiryntu. Dachy stały pod tymi niebami czarne i krzywe, pełne
3747 niecierpliwości i oczekiwania. Te, w które wst�
3748 pił wicher, wstawały w
3749 natchnieniu, przerastały s�
3750 siednie domy i prorokowały pod rozwichrzonym
3751 niebem. Potem opadały i gasły nie mog�
3752 c dłużej zatrzymać potężnego tchu,
3753 który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem i przerażeniem.
3754 I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i
3755 zwiastowały. Ogromne buki koło kościoła stały z wniesionymi rękami, jak
3756 świadkowie wstrz�
3757 saj�
3758 cych objawień, i krzyczały, krzyczały. Dalej, za
3759 dachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie ściany szczytowe
3760 przedmieścia. Wspinały się jeden nad drugi i rosły, zesztywniałe z
3761 przerażenia i osłupiałe. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwiał je
3762 późnymi kolorami. Nie jedliśmy tego dnia obiadu, bo ogień w kuchni
3763 wracał kłębami dymu do izby. W pokojach było zimno i pachniało wiatrem.
3764 Około drugiej po południu wybuchł na przedmieściu pożar i rozszerzał się
3765 gwałtownie. Matka z Adel�
3766 zaczęły pakować pościel, futra i kosztowności.
3767 Nadeszła noc. Wicher wzmógł się na sile i gwałtowności, rozrósł się
3768 niepomiernie i obj�
3769 ł cały przestwór. Już teraz nie nawiedzał domów i
3770 dachów, ale wybudował nad miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestwór,
3771 czarny labirynt, rosn�
3772 cy w nieskończonych kondygnacjach. Z tego
3773 labiryntu wystrzelał całymi galeriami pokojów, wyprowadzał piorunem
3774 skrzydła i trakty, toczył z hukiem długie amfilady, a potem dawał się
3775 zapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom i kazamatom i wzbijał
3776 się jeszcze wyżej, kształtuj�
3777 c sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.
3778 Pokój drżał z lekka, obrazy na ścianach brzęczały. Szyby lśniły się
3779 tłustym odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiały wzdęte i pełne
3780 tchnienia tej burzliwej nocy. Przypomnieliśmy sobie, że ojca od rana nie
3781 widziano. Wczesnym rankiem, domyślaliśmy się, musiał udać się do sklepu,
3782 gdzie go zaskóczyła wichura, odcinaj�
3783 c mu powrót. - Cały dzień nic nie
3784 jadł - biadała matka. Starszy subiekt Teodor podj�
3785 ł się wyprawić w noc i
3786 wichurę, żeby zanieść mu posiłek. Brat mój przył�
3787 czył się do wyprawy.
3788 Okutani w wielkie niedźwiedzie futra, obci�
3789 żyli kieszenie żelazkami i
3790 moździerzami, balastem, który miał zapobiec porwaniu ich przez wichurę.
3791 Ostrożnie otworzono drzwi prowadz�
3792 ce w noc. Zaledwie subiekt i brat mój
3793 z wzdętymi płaszczami wkroczyli jedn�
3794 nog�
3795 w ciemność, noc ich połknęła
3796 zaraz na progu domu. Wicher zmył momentalnie ślad ich wyjścia. Nie widać
3797 było przez okno nawet latarki, któr�
3798 ze sob�
3799 zabrali. Pochłon�
3800 wszy ich,
3801 wicher na chwilę przycichł. Adela z matk�
3802 próbowały na nowo rozpalić
3803 ogień pod kuchni�
3804 . Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem i
3805 sadz�
3806 . Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wichru dawały
3807 się słyszeć wszelkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało się
3808 nam, że słyszymy wołanie o pomoc ojca zabł�
3809 kanego w wichurze, to znowu,
3810 że brat z Teodorem gwarz�
3811 beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było tak
3812 łudz�
3813 ce, że Adela otworzyła drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora i
3814 brata mego, wynurzaj�
3815 cych się z trudem z wichury, w której tkwili po
3816 pachy. Weszli zdyszani do sieni, zaciskaj�
3817 c z wysiłkiem drzwi za sob�
3818 .
3819 Przez chwilę musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmował
3820 wicher do bramy. Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.
3821 Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasi�
3822 kłe wiatrem,
3823 pachniały teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w świetle; ich oczy,
3824 pełne jeszcze nocy, broczyły ciemności�
3825 za każdym uderzeniem powiek. Nie
3826 mogli dojść do sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Nie
3827 poznawali miasta, wszystkie ulice były jak przestawione. Matka
3828 podejrzewała, że kłamali. W istocie cała ta scena sprawiała wrażenie,
3829 jakby przez ten kwadrans stali w ciemności pod oknem, nie oddalaj�
3830 c się
3831 wcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i noc
3832 otaczały nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, świstu i
3833 jęków. Może nie było wcale tych ogromnych i żałosnych przestrzeni, które
3834 nam wicher sugerował, może nie było wcale tych opłakanych labiryntów,
3835 tych wielookiennych traktów i korytarzy, na których grał wicher, jak na
3836 długich czarnych fletach. Coraz bardziej umacniało się w nas
3837 przekonanie, że cała ta burza była tylko donkiszoteri�
3838 nocn�
3839 , imituj�
3840 c�
3841
3842 na w�
3843 skiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczn�
3844 bezdomność i
3845 sieroctwo wichury. Coraz częściej otwierały się teraz drzwi sieni i
3846 wpuszczały okutanego w opończe i szale gościa. Zziajany s�
3847 siad lub
3848 znajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebie
3849 zdyszanym głosem opowiadania, urywane bezładne słowa, które
3850 fantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy.
3851 Siedzieliśmy wszyscy w jasno oświetlonej kuchni. Za ogniskiem kuchennym
3852 i czarnym, szerokim okapem komina prowadziło parę stopni do drzwi
3853 strychu. Na tych schodkach siedział starszy subiekt Teodor i
3854 nasłuchiwał, jak strych grał od wichru. Słyszał, jak w pauzach wichury
3855 miechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zwisał
3856 jak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu,
3857 nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienia gotyckie,
3858 rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego echa, i huczał jak
3859 pudło ogromnych basów. Ale potem zapominaliśmy o wichurze, Adela tłukła
3860 cynamon w dźwięcznym moździerzu. Ciotka Perazja przyszła w odwiedziny.
3861 Drobna, ruchliwa i pełna zabiegliwości, z koronk�
3862 czarnego szala na
3863 głowie, zaczęła krz�
3864 tać się po kuchni, pomagaj�
3865 c Adeli. Adela oskubała
3866 koguta. Ciotka Perazja zapaliła pod okapem komina garść papierów i
3867 szerokie płaty płomienia wzlatywały z nich w czarn�
3868 czeluść. Adela,
3869 trzymaj�
3870 c koguta za szyję, uniosła go nad płomień, ażeby opalić na nim
3871 resztę pierza. Kogut zatrzepotał nagle w ogniu skrzydłami, zapiał i
3872 spłon�
3873 ł. Wtedy ciotka Perazja zaczęła się kłócić, kl�
3874 ć i złorzeczyć.
3875 Trzęs�
3876 c się ze złości, wygrażała rękami Adeli i matce. Nie rozumiałem, o
3877 co jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała
3878 się jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że w
3879 paroksyzmie złości rozgestykuluje się na części, że rozpadnie się,
3880 podzieli, rozbiegnie w sto paj�
3881 ków, rozgałęzi się po podłodze czarnym,
3882 migotliwym pękiem oszalałych karakonach biegów. Zamiast tego zaczęła
3883 raptownie maleć, kurczyć się, wci�
3884 ż roztrzęsiona i rozsypuj�
3885 ca się
3886 przekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała, w k�
3887 t kuchni,
3888 gdzie leżały drwa na opał i, kln�
3889 c i kaszl�
3890 c, zaczęła gor�
3891 czkowo
3892 przebierać wśród dźwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółte
3893 drzazgi. Pochwyciła je lataj�
3894 cymi ze wzburzenia rękami, przymierzyła do
3895 nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła na tych
3896 żółtych kulach chodzić, stukoc�
3897 c po deskach, biegać tam i z powrotem
3898 wzdłuż skośnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegła
3899 na ławkę jodłow�
3900 , kuśtykaj�
3901 c na dudni�
3902 cych deskach, a stamt�
3903 d na półkę z
3904 talerzami, dźwięczn�
3905 , drewnian�
3906 półkę obiegaj�
3907 c�
3908 ściany kuchni, i biegła
3909 po niej, kolankuj�
3910 c na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieś w k�
3911 cie,
3912 malej�
3913 c coraz bardziej, sczernieć, zwin�
3914 ć się jak zwiędły, spalony
3915 papier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicość.
3916 Staliśmy wszyscy bezradni wobec tej szalej�
3917 cej furii złości, która sama
3918 siebie trawiła i pożerała. Z ubolewaniem patrzyliśmy na smutny przebieg
3919 tego paroksyzmu i z pewn�
3920 ulg�
3921 wróciliśmy do naszych zajęć, gdy żałosny
3922 ten proces dobiegł swego naturalnego końca. Adela zadzwoniła znowu
3923 moździerzem, tłuk�
3924 c cynamon, matka ci�
3925 gnęła dalej przerwan�
3926 rozmowę, a
3927 subiekt Teodor, nasłuchuj�
3928 c proroctw strychowych, stroił śmieszne
3929 grymasy, podnosił wysoko brwi i śmiał się do siebie.
3930
3931 NOC WIELKIEGO SEZONU Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat
3932 rodzi niekiedy zdziwaczały czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe,
3933 lata wyrodne, którym - jak szósty, mały palec u ręki - wyrasta kędyś
3934 trzynasty, fałszywy miesi�
3935 c. Mówimy fałszywy, gdyż rzadko dochodzi on do
3936 pełnego rozwoju. Jak dzieci późno spłodzone, pozostaje on w tyle ze
3937 wzrostem, miesi�
3938 c garbusek, odrośl w połowie uwiędła i raczej domyślna
3939 niż rzeczywista. Winna jest temu starcza niepowści�
3940 gliwość lata, jego
3941 rozpustna i późna żywotność. Bywa czasem, że sierpień minie, a stary
3942 gruby pień lata rodzi z przyzwyczajenia jeszcze dalej, pędzi ze swego
3943 próchna te dni-dziczki, dni-chwasty, jałowe i idiotyczne, dorzuca na
3944 dokładkę, za darmo, dni-kaczany, puste i niejadalne - dni białe,
3945 zdziwione i niepotrzebne. Wyrastaj�
3946 one, nieregularne i nierówne, nie
3947 wykształcone i zrośnięte z sob�
3948 , jak palce potworkowatej ręki,
3949 p�
3950 czkuj�
3951 ce i zwinięte w figę. Inni porównywaj�
3952 te dni do apokryfów,
3953 wsuniętych potajemnie między rozdziały wielkiej księgi roku, do
3954 palimpsestów, skrycie wł�
3955 czonych pomiędzy jej stronice, albo do tych
3956 białych nie zadrukowanych kartek, na których oczy, naczytane do syta i
3957 pełne treści, broczyć mog�
3958 obrazami i gubić kolory na tych pustych
3959 stronicach, coraz bladziej i bladziej, ażeby wypocz�
3960 ć na ich nicości,
3961 zanim wci�
3962 gnięte zostan�
3963 w labirynty nowych przygód i rozdziałów. Ach,
3964 ten stary, pożółkły romans roku, ta wielka, rozpadaj�
3965 ca się księga
3966 kalendarza! Leży ona sobie zapomniana gdzieś w archiwach czasu, a treść
3967 jej rośnie dalej między okładkami, pęcznieje bez ustanku od gadulstwa
3968 miesięcy, od szybkiego samorództwa blagi, od bajania i marzeń, które się
3969 w niej mnoż�
3970 . Ach, i spisuj�
3971 c te nasze opowiadania, szereguj�
3972 c te
3973 historie o moim ojcu na zużytym marginesie jej tekstu, czy nie oddaję
3974 się tajnej nadziei, że wrosn�
3975 one kiedyś niepostrzeżenie między zżółkłe
3976 kartki tej najwspanialszej, rozsypuj�
3977 cej się księgi, że wejd�
3978 w wielki
3979 szelest jej stronic, który je pochłonie? To, o czym tu mówić będziemy,
3980 działo się tedy w owym trzynastym, nadliczbowym i niejako fałszywym
3981 miesi�
3982 cu tego roku, na tych kilkunastu pustych kartkach wielkiej kroniki
3983 kalendarza. Ranki były podówczas dziwnie cierpkie i orzeźwiaj�
3984 ce. Po
3985 uspokojonym i chłodniejszym tempie czasu, po nowym całkiem zapachu
3986 powietrza, po odmiennej konsystencji światła poznać było, że weszło się
3987 w inn�
3988 serię dni, w now�
3989 okolicę Bożego Roku. Głos drżał pod tymi nowymi
3990 niebami dźwięcznie i świeżo jak w nowym jeszcze i pustym mieszkaniu,
3991 pełnym zapachu lakieru, farb, rzeczy zaczętych i nie wypróbowanych. Z
3992 dziwnym wzruszeniem próbowało się nowego echa, napoczynało się je z
3993 ciekawości�
3994 , jak w chłodny i trzeźwy poranek babkę do kawy w przeddzień
3995 podróży. Ojciec mój siedział znowu w tylnym kontuarze sklepu, w małej,
3996 sklepionej izbie, pokratkowanej jak ul w wielokomórkowe registratury i
3997 łuszcz�
3998 cej się bez końca warstwami papieru, listów i faktur. Z szelestu
3999 arkuszy, z nieskończonego kartkowania papierów wyrastała kratkowana i
4000 pusta egzystencja tego pokoju, z nieustannego przekładania plików
4001 odnawiała się w powietrzu z niezliczonych nagłówków firmowych apoteoza w
4002 formie miasta fabrycznego, widzianego z lotu ptaka, najeżonego dymi�
4003 cymi
4004 kominami, otoczonego rzędami medali i ujętego w wywijasy i zakręty
4005 pompatycznych et i Comp. Tam siedział ojciec, jak w ptaszarni, na
4006 wysokim stołku, a gołębniki registratur szeleściły plikami papierów i
4007 wszystkie gniazda i dziuple pełne były świergotu cyfr. Gł�
4008 b wielkiego
4009 sklepu ciemniała i wzbogacała się z dnia na dzień zapasami sukna,
4010 szewiotów, aksamitów i kortów. W ciemnych półkach, tych spichrzach i
4011 lamusach chłodnej, pilśniowej barwności, procentowała stokrotnie ciemna,
4012 odstała korowość rzeczy, mnożył się i sycił potężny kapitał jesieni. Tam
4013 rósł i ciemniał ten kapitał i rozsiadał się coraz szerzej na półkach,
4014 jak na galeriach jakiegoś wielkiego teatru, uzupełniaj�
4015 c się jeszcze i
4016 pomnażaj�
4017 c każdego rana nowymi ładunkami towaru, który w skrzyniach i
4018 pakach wraz z rannym chłodem wnosili na niedźwiedzich barach stękaj�
4019 cy,
4020 brodaci tragarze w oparach świeżości jesiennej i wódki. Subiekci
4021 wyładowywali te nowe zapasy syc�
4022 cych bławatnych kolorów i wypełniali
4023 nimi, kitowali starannie wszystkie szpary i luki wysokich szaf. Był to
4024 rejestr olbrzymi wszelakich kolorów jesieni, ułożony warstwami,
4025 usortowany odcieniami, id�
4026 cy w dół i w górę, jak po dźwięcznych
4027 schodach, po gamach wszystkich oktaw barwnych. Zaczynał się u dołu i
4028 próbował jękliwie i nieśmiało altowych spełzłości i półtonów,
4029 przechodził potem do spłowiałych popiołów dali, do gobelinowych błękitów
4030 i rosn�
4031 c ku górze coraz szerszymi akordami, dochodził do ciemnych
4032 granatów, do indyga lasów dalekich i do pluszu parków szumi�
4033 cych, ażeby
4034 potem poprzez wszystkie ochry, sangwiny, rudości i sepie wejść w
4035 szelestny cień więdn�
4036 cych ogrodów i dojść do ciemnego zapachu grzybów,
4037 do tchnienia próchna w głębiach nocy jesiennej i do głuchego
4038 akompaniamentu najciemniejszych basów. Ojciec mój szedł wzdłuż tych
4039 arsenałów sukiennej jesieni i uspokajał i uciszał te masy, ich
4040 wzbieraj�
4041 c�
4042 moc, spokojn�
4043 potęgę Pory. Chciał jak najdłużej utrzymać w
4044 całości te rezerwy zamagazynowanej barwności. Bał się łamać, wymieniać
4045 na gotówkę ten fundusz żelazny jesieni. Ale wiedział, czuł, że przyjdzie
4046 czas i wicher jesienny, pustosz�
4047 cy i ciepły wicher, powieje nad tymi
4048 szafami i wtedy puszcz�
4049 one i nic nie zdoła powstrzymać ich wylewu, tych
4050 strumieni kolorowości, którymi wybuchn�
4051 na miasto całe. Przychodziła
4052 pora Wielkiego Sezonu. Ożywiały się ulice. O szóstej godzinie po
4053 południu miasto zakwitało gor�
4054 czk�
4055 , domy dostawały wypieków, a ludzie
4056 wędrowali ożywieni jakimś wewnętrznym ogniem, naszminkowani i ubarwieni
4057 jaskrawo, z oczyma błyszcz�
4058 cymi jak�
4059 ś odświętn�
4060 , piękn�
4061 i zł�
4062 febr�
4063 . Na
4064 bocznych uliczkach, w cichych zaułkach, uchodz�
4065 cych już w wieczorn�
4066
4067 dzielnicę, miasto było puste. Tylko dzieci bawiły się na placykach pod
4068 balkonami, bawiły się bez tchu, hałaśliwie i niedorzecznie. Przykładały
4069 małe pęcherzyki do ust, ażeby wydmuchać je i naindyczyć się nagle
4070 jaskrawo w wielkie, gulgoc�
4071 ce, rozpluskane narośle albo wykogucić się w
4072 głupi�
4073 koguci�
4074 maskę, czerwon�
4075 i piej�
4076 c�
4077 , w kolorowe jesienne maszkary
4078 fantastyczne i absurdalne. Zdawało się, że tak nadęte i piej�
4079 ce wznios�
4080
4081 się w powietrze długimi kolorowymi łańcuchami i jak jesienne klucze
4082 ptaków przeci�
4083 gać będ�
4084 nad miastem - fantastyczne flotylle z bibułki i
4085 pogody jesiennej. Albo woziły się wśród krzyków na małych zgiełkliwych
4086 wózkach, graj�
4087 cych kolorowym turkotem kółek, szprych i dyszli. Wózki
4088 zjeżdżały naładowane ich krzykiem i staczały się w dół ulicy aż do nisko
4089 rozlanej, żółtej rzeczki wieczornej, gdzie rozpadały się na gruz
4090 kr�
4091 żków, kołków i patyczków. I podczas gdy zabawy dzieci stawały się
4092 coraz bardziej hałaśliwe i spl�
4093 tane, wypieki miasta ciemniały i
4094 zakwitały purpur�
4095 , nagle świat cały zaczynał więdn�
4096 ć i czernieć i szybko
4097 wydzielał się zeń majaczliwy zmierzch, którym zarażały się wszystkie
4098 rzeczy. Zdradliwie i jadowicie szerzyła się ta zaraza zmierzchu wokoło,
4099 szła od rzeczy do rzeczy, a czego dotknęła, to wnet butwiało, czerniało,
4100 rozpadało się w próchno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w cichym
4101 popłochu i naraz dosięgał ich ten tr�
4102 d, i wysypywał się ciemn�
4103 wysypk�
4104
4105 na czole, i tracili twarze, które odpadały wielkimi, bezkształtnymi
4106 plamami, i szli dalej, już bez rysów, bez oczu, gubi�
4107 c po drodze maskę
4108 po masce, tak że zmierzch roił się od tych larw porzuconych, sypi�
4109 cych
4110 się za ich ucieczk�
4111 . Potem zaczynało wszystko zarastać czarn�
4112 ,
4113 próchniej�
4114 c�
4115 kor�
4116 , łuszcz�
4117 c�
4118 się wielkimi płatami, chorymi strupami
4119 ciemności. A gdy w dole wszystko rozprzęgło się i szło wniwecz w tej
4120 cichej zamieszce, w panice prędkiego rozkładu, w górze utrzymywał się i
4121 rósł coraz wyżej milcz�
4122 cy alarm zorzy, drgaj�
4123 cy świergotem miliona
4124 cichych dzwonków, wzbieraj�
4125 cych wzlotem miliona cichych skowronków
4126 lec�
4127 cych razem w jedn�
4128 wielk�
4129 , srebrn�
4130 nieskończoność. Potem była już
4131 nagle noc - wielka noc, rosn�
4132 ca jeszcze podmuchami wiatru, które j�
4133
4134 rozszerzały. W jej wielokrotnym labiryncie wyłupane były gniazda jasne:
4135 sklepy - wielkie, kolorowe latarnie, pełne spiętrzonego towaru i zgiełku
4136 kupuj�
4137 cych. Przez jasne szyby tych latani można było śledzić zgiełkliwy
4138 i pełen dziwacznego ceremoniału obrzęd zakupów jesiennych. Ta wielka,
4139 fałdzista noc jesienna, rosn�
4140 ca cieniami, roszerzona wiatrami, kryła w
4141 swych ciemnych fałdach jasne kieszenie, woreczki z kolorowym
4142 drobiazgiem, z pstrym towarem czekoladek, keksów, kolonialnej
4143 pstrokacizny. Te budki i kramiki, sklecone z pudełek po cukrach,
4144 wytapetowane jaskrawo reklamami czekolad, pełne mydełek, wesołej
4145 tandety, złoconych błahostek, cynfolii, tr�
4146 bek, andrutów i kolorowych
4147 miętówek, były stacjami lekkomyślności, grzechotkami beztroski,
4148 rozsianymi na wiszarach ogromnej, labiryntowej, rozłopotanej wiatrami
4149 nocy. Wielkie i ciemne tłumy płynęły w ciemności, w hałaśliwym
4150 zmieszaniu, w szurgocie tysięcy nóg, w gwarze tysięcy ust - rojna,
4151 spl�
4152 tana wędrówka, ci�
4153 gn�
4154 ca arteriami jesiennego miasta. Tak płynęła ta
4155 rzeka, pełna gwaru, ciemnych spojrzeń, chytrych łypnięć, pokawałkowana
4156 rozmow�
4157 , posiekana gawęd�
4158 , wielka miazga plotek, śmiechów i zgiełku.
4159 Zdawało się, że to ruszyły tłumami jesienne, suche makówki sypi�
4160 ce
4161 makiem - głowygrzechotki, ludzie-kołatki. Mój ojciec chodził
4162 zdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszcz�
4163 cymi oczyma, w jasno
4164 oświetlonym sklepie, i nasłuchiwał. Przez szyby wystawy i portalu
4165 dochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar płyn�
4166 cej ciżby. Nad
4167 cisz�
4168 sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisaj�
4169 ca z wielkiego
4170 sklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar i
4171 zakamarków. Pusta, wielka podłoga trzaskała w ciszy i liczyła w tym
4172 świetle wzdłuż i wszerz swe błyszcz�
4173 ce kwadraty, szachownicę wielkich
4174 tafli, które rozmawiały ze sob�
4175 w ciszy trzaskami, odpowiadały sobie to
4176 tu, to tam głośnym pęknięciem. Za to sukna leżały ciche, bez głosu, w
4177 swej pilśniowej puszystości i podawały sobie wzdłuż ścian spojrzenia za
4178 plecami ojca, wymieniały od szafy do szafy ciche znaki porozumiewawcze.
4179 Ojciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać i
4180 rozgałęziać poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip faluj�
4181 cy
4182 w mętach nocy. Nasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosn�
4183 cym niepokojem
4184 daleki przypływ tłumów, które nadci�
4185 gały. Rozgl�
4186 dał się z przerażeniem
4187 po pustym sklepie. Szukał subiektów. Ale ci ciemni i rudzi aniołowie
4188 dok�
4189 dś odlecieli. Pozostał on sam tylko, w trwodze przed tłuma-mi, które
4190 wnet miały zalać ciszę sklepu pl�
4191 druj�
4192 c�
4193 hałaśliw�
4194 rzesz�
4195 i rozebrać
4196 między siebie, rozlicytować cał�
4197 tę bogat�
4198 jesień, od lat zbieran�
4199 w
4200 wielkim zacisznym spichlerzu. Gdzie byli subiekci? Gdzie były te
4201 urodziwe cheruby, maj�
4202 ce bronić ciemnych, sukiennych szańców? Ojciec
4203 podejrzewał bolesn�
4204 myśl�
4205 , że oto grzesz�
4206 gdzieś w głębi domu z córami
4207 ludzi. Stoj�
4208 c nieruchomy i pełen troski, z błyszcz�
4209 cymi oczyma w jasnej
4210 ciszy sklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi domu, w
4211 tylnych komorach wielkiej kolorowej tej latarni. Dom otwierał się przed
4212 nim, izba za izb�
4213 , komora za komor�
4214 , jak dom z kart, i widział gonitwę
4215 subiektów za Adel�
4216 przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje,
4217 schodami na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnej
4218 kuchni, gdzie zabarykadowała się kuchennym kredensem. Tam stała
4219 zdyszana, błyszcz�
4220 ca i rozbawiona, trzepoc�
4221 ca z uśmiechem wielkimi
4222 rzęsami. Subiekci chichotali, przykucnięci pode drzwiami. Okno kuchni
4223 otwarte było na wielk�
4224 , czarn�
4225 noc, pełn�
4226 rojeń i spl�
4227 tania. Czarne,
4228 uchylone szyby płonęły refleksem dalekiej iluminacji. Błyszcz�
4229 ce garnki
4230 i butle stały nieruchomo dokoła i lśniły w ciszy tłust�
4231 polew�
4232 . Adela
4233 wychylała ostrożnie przez okno sw�
4234 kolorow�
4235 , uszminkowan�
4236 twarz z
4237 trzepocz�
4238 cymi oczyma. Szukała subiektów na ciemnym podwórzu, pewna ich
4239 zasadzki. I oto ujrzała ich, jak wędrowali ostrożnie, gęsiego, po w�
4240 skim
4241 gzymsie podokiennym wzdłuż ściany piętra, czerwonej odblaskiem dalekiej
4242 iluminacji, i skradali się do okna. Ojciec krzykn�
4243 ł z gniewu i rozpaczy,
4244 ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem bliski i nagle jasne okna
4245 sklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,
4246 rozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśni�
4247 cych szybach. Ojciec
4248 stał się purpurowy ze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłum
4249 szturmem zdobywał tę twierdzę i wkraczał hałaśliw�
4250 ciżb�
4251 do sklepu,
4252 ojciec mój jednym skokiem wspi�
4253 ł się na półki z suknem i, uwisły wysoko
4254 nad tłumem, d�
4255 ł z całej siły w wielki puzon z rogu i tr�
4256 bił na alarm.
4257 Ale sklepienie nie napełniło się szumem aniołów, śpiesz�
4258 cych na pomoc, a
4259 zamiast tego każdemu jękowi tr�
4260 by odpowiadał wielki, roześmiany chór
4261 tłumu. - Jakubie, handlować! Jakubie, sprzedawać! - wołali wszyscy, a
4262 wołanie to, wci�
4263 ż powtarzane, rytmizowało się w chórze i przechodziło
4264 powoli w melodię refrenu, śpiewan�
4265 przez wszystkie gardła. Wtedy mój
4266 ojciec dał za wygran�
4267 , zeskoczył z wysokiego gzymsu i ruszył z krzykiem
4268 ku barykadom sukna. Wyolbrzymiony gniewem, z głow�
4269 spęczniał�
4270 w pięść
4271 purpurow�
4272 , wbiegł, jak walcz�
4273 cy prorok, na szańce sukienne i j�
4274 ł
4275 przeciwko nim szaleć. Wpierał się całym ciałem w potężne bale wełny i
4276 wyważał je z osady, podsuwał się pod ogromne postawy sukna i unosił je
4277 na ladę z głuchym łomotem. Bale leciały rozwijaj�
4278 c się z łopotem w
4279 powietrzu w ogromne chor�
4280 gwie, półki wybuchały zewsz�
4281 d wybuchami
4282 draperii, wodospadami sukna, jak pod uderzeniem Mojżeszowej laski. Tak
4283 wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi
4284 rzekami. Wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się i zalewała
4285 wszystkie lady i stoły. Ściany sklepu znikły pod potężnymi formacjami
4286 tej sukiennej kosmogonii, pod tymi pasmami górskimi, piętrz�
4287 cymi się w
4288 potężnych masywach. Otwierały się szerokie doliny wśród zboczy górskich
4289 i wśród szerokiego patosu wyżyn grzmiały linie kontynentów. Przestrzeń
4290 sklepu rozszerzyła się w panoramę jesiennego krajobrazu, pełn�
4291 jezior i
4292 dali, a na tle tej scenerii ojciec wędrował wśród fałd i dolin
4293 fantastycznego Kanaanu, wędrował wielkimi krokami, z rękoma
4294 rozkrzyżowanymi proroczo w chmurach, i kształtował kraj uderzeniami
4295 natchnienia. A u dołu, u stóp tego Synaju, wyrosłego z gniewu ojca,
4296 gestykulował lud, złorzeczył i czcił Baala, i handlował. Nabierali pełne
4297 ręce miękkich fałd, drapowali się w kolorowe sukna, owijali się w
4298 zaimprowizowane domina i płaszcze i gadali bezładnie a obficie. Mój
4299 ojciec wyrastał nagle nad tymi grupami kupcz�
4300 cych wydłużonych gniewem, i
4301 gromił z wysoka bałwochwalców potężnym słowem. Potem, ponoszony
4302 rozpacz�
4303 , wspinał się na wysokie galerie szaf, biegł obłędnie po bantach
4304 półek, po dudni�
4305 cych deskach ogołoconych rusztowań, ścigany przez obrazy
4306 bezwstydnej rozpusty, któr�
4307 przeczuwał za plecami w głębi domu. Subiekci
4308 dosięgli właśnie żelaznego balkonu na wysokości okna i wczepieni w
4309 balustradę, pochwycili wpół Adelę i wyci�
4310 gnęli j�
4311 przez okno,
4312 trzepoc�
4313 c�
4314 . oczyma i wlok�
4315 c�
4316 za sob�
4317 smukłe nogi w jedwabnych
4318 pończochach. Gdy ojciec mój, przerażony ohyd�
4319 grzechu, wrastał gniewem
4320 swych gestów w grozę krajobrazu, w dole beztroski lud Baala oddawał się
4321 wyuzdanej wesołości. Jakaś parodystyczna pasja, jakaś zaraza śmiechu
4322 opanowała tę gawiedź. Jakże można było ż�
4323 dać powagi od nich, od tego
4324 ludu kołatek i dziadków do orzechów! Jak można było ż�
4325 dać zrozumienia
4326 dla wielkich trosk ojca od tych młynków, miel�
4327 cych bezustannie kolorow�
4328
4329 miazgę słów! Głusi na gromy proroczego gniewu, przykucali ci handlarze w
4330 jedwabnych bekieszach małymi kupkami dookoła sfałdowanych gór materii,
4331 rozstrz�
4332 saj�
4333 c gadatliwie wśród śmiechu zalety towaru. Ta czarna giełda
4334 roznosiła na swych prędkich językach szlachetn�
4335 substancję krajobrazu,
4336 rozdrabniała j�
4337 siekanin�
4338 gadania i połykała niemal. Gdzie indziej stały
4339 grupy Żydów w kolorowych chałatach, w wielkich futrzanych kołpakach
4340 przed wysokimi wodospadami jasnych materii. Byli to mężowie Wielkiego
4341 Zgromadzenia, dostojni i pełni namaszczenia panowie, gładz�
4342 cy długie,
4343 pielęgnowane brody i prowadz�
4344 cy wstrzemięźliwe i dyplomatyczne rozmowy.
4345 Ale i w tej ceremonialnej konwersacji, w spojrzeniach, które wymieniali
4346 był błysk uśmiechniętej ironii. Wśród tych grup przewijał się pospolity
4347 lud, bezpostaciowy tłum, gawiedź bez twarzy i indywidualności. Wypełniał
4348 on niejako luki w krajobrazie, wyścielał tło dzwonkami i grzechotkami
4349 bezmyślnego gadania. Był to element błazeński, roztańczony tłum
4350 poliszynelów i arlekinów, który - sam bez poważnych intencyj handlowych
4351 - doprowadzał do absurdu gdzieniegdzie nawi�
4352 zuj�
4353 ce się tansakcje swymi
4354 błazeńskimi figlami. Stopniowo jednak, znudzony błaznowaniem, wesoły ten
4355 ludek rozpraszał się w dalszych okolicach krajobrazu i tam powoli gubił
4356 się wśród skalnych załomów i dolin. Prawdopodobnie jeden po drugim
4357 zapadały się te wesołki gdzieś w szczeliny i fałdy terenu, jak dzieci
4358 zmęczone zabaw�
4359 po k�
4360 tach i zakamarkach mieszkania w noc balow�
4361 .
4362 Tymczasem ojcowie miasta, mężowie Wielkiego Synhedrionu, przechadzali
4363 się w grupach pełnych powagi i godności i prowadzili ciche, głębokie
4364 dysputy. Rozszedłszy się po całym, owym wielkim górzystym kraju,
4365 wędrowali po dwóch, po trzech na dalekich i krętych drogach. Małe i
4366 ciemne ich sylwety zaludniały cał�
4367 tę pustynn�
4368 wyżynę, nad któr�
4369 zwisło
4370 ciężkie i ciemne niebo, sfałdowane i chmurne, poorane w długie
4371 równoległe bruzdy, w srebrne i białe skiby, ukazuj�
4372 ce w głębi coraz
4373 dalsze pokłady swego uwarstwienia. Światło lampy stwarzało sztuczny
4374 dzień w owej krainie - dzień dziwny, dzień bez świtu i wieczoru. Ojciec
4375 mój uspokajał się powoli. Gniew jego układał się i zastygał w pokładach
4376 i warstwach krajobrazu. Siedział teraz na galeriach wysokich półek i
4377 patrzył w jesienniej�
4378 cy, rozległy kraj. Widział, jak na dalekich
4379 jeziorach odbywał się połów ryb. W maleńkich łupinkach łódek siedziało
4380 po dwóch rybaków, zapuszczaj�
4381 c sieci w wodę. Na brzegach chłopcy
4382 dźwigali na głowach kosze, pełne trzepoc�
4383 cego się, srebrnego połowu.
4384 Wówczas to dostrzegł, jak grupy wędrowców w oddali zadzierały głowy ku
4385 niebu, wskazuj�
4386 c coś wzniesionymi rękami. I wnet zaroiło się niebo jak�
4387 ś
4388 kolorow�
4389 wysypk�
4390 , osypało się faluj�
4391 cymi plamami, które rosły,
4392 dojrzewały i wnet napełniły przestworze dziwnym ludem ptaków, kr�
4393 ż�
4394 cych
4395 i kołuj�
4396 cych w wielkich, krzyżuj�
4397 cych się spiralach. Całe niebo
4398 wypełniło się ich wzniosłym lotem, łopotem skrzydeł, majestatycznymi
4399 liniami cichych bujań. Niektóre z nich jak ogromne bociany płynęły
4400 nieruchomo na spokojnie rozpostartych skrzydłach, inne, podobne do
4401 kolorowych pióropuszów, do barbarzyńskich trofeów, trzepotały ciężko i
4402 niezgrabnie, ażeby utrzymać się na falach ciepłej aury; inne wreszcie,
4403 nieudolne konglomeraty skrzydeł, potężnych nóg i oskubanych szyj,
4404 przypominały źle wypchane sępy i kondory, z których wysypuj�
4405 się
4406 trociny. Były między nimi ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były też
4407 i kaleki, kulej�
4408 ce w powietrzu jednoskrzydłym, niedołężnym lotem. Niebo
4409 stało się podobne do starego fresku, pełnego dziwol�
4410 gów i fantastycznych
4411 zwierz�
4412 t, które kr�
4413 żyły, wymijały się i znów wracały w kolorowych
4414 elipsach. Mój ojciec podniósł się na bantach, oblany nagłym blaskiem,
4415 wyci�
4416 gn�
4417 ł ręce, przyzywaj�
4418 c ptaki starym zaklęciem. Poznał je, pełen
4419 wzruszenia. Było to dalekie, zapomniane potomstwo tej ptasiej generacji,
4420 któr�
4421 ongi Adela rozpędziła na wszystkie strony nieba. Wracało teraz,
4422 zwyrodniałe i wybujałe, to sztuczne potomstwo, to zdegenerowane plemię
4423 ptasie, zmarniałe wewnętrznie. Wystrzelone głupio wzrostem, wyogromnione
4424 niedorzecznie, było wewn�
4425 trz puste i bez życia. Cała żywotność tych
4426 ptaków przeszła w upierzenie, wybujała w fantastyczność. Było to jakby
4427 muzeum wycofanych rodzajów, rupieciarnia Raju ptasiego. Niektóre latały
4428 na wznak, miały ciężkie, niezgrabne dzioby, podobne do kłódek i zamków,
4429 obci�
4430 żone kolorowymi naroślami, i były ślepe. Jakże wzruszył ojca ten
4431 powrót niespodziany, jakże zdumiewał się nad instynktem ptasim, nad tym
4432 przywi�
4433 zaniem do Mistrza, które wygnany ów ród piastował jak legendę w
4434 duszy, ażeby wreszcie po wielu generacjach, w ostatnim dniu przed
4435 wygaśnięciem plemienia poci�
4436 gn�
4437 ć z powrotem w pradawn�
4438 ojczyznę. Ale te
4439 papierowe, ślepe ptaki nie mogły już poznać ojca. Na darmo wołał na nie
4440 dawnym zaklęciem, zapomnian�
4441 mow�
4442 ptasi�
4443 , nie słyszały go i nie
4444 widziały. Nagle zagwizdały kamienie w powietrzu. To wesołki, głupie i
4445 bezmyślne plemię, jęły celować pociskami w fantastyczne niebo ptasie. Na
4446 darmo ojciec ostrzegał, na darmo groził zaklinaj�
4447 cymi gestami, nie
4448 dosłyszano go, nie dostrzeżono. I ptaki spadały. Ugodzone pociskiem,
4449 obwisały ciężko i więdły już w powietrzu. Nim doleciały do ziemi, były
4450 już bezforemn�
4451 kup�
4452 pierza. W mgnieniu oka pokryła się wyżyna t�
4453 dziwn�
4454 ,
4455 fantastyczn�
4456 padlin�
4457 . Zanim ojciec dobiegł do miejsca rzezi, cały ten
4458 świetny ród ptasi już leżał martwy, rozci�
4459 gnięty na skałach. Teraz
4460 dopiero, z bliska, mógł ojciec obserwować cał�
4461 lichotę tej zubożałej
4462 generacji, cał�
4463 śmieszność jej tandetnej anatomii. Były to ogromne
4464 wiechcie piór, wypchane byle jak starym ścierwem. U wielu nie można było
4465 wyróżnić głowy, gdyż pałkowata ta część ciała nie nosiła żadnych znamion
4466 duszy. Niektóre pokryte były kudłat�
4467 , zlepion�
4468 sierści�
4469 , jak żubry, i
4470 śmierdziały wstrętnie. Inne przypominały garbate, łyse, zdechłe
4471 wielbł�
4472 dy. Inne wreszcie były najwidoczniej z pewnego rodzaju papieru,
4473 puste w środku, a świetnie kolorowe na zewn�
4474 trz. Niektóre okazywały się
4475 z bliska niczym innym jak wielkimi pawimi ogonami, kolorowymi
4476 wachlarzami, w które niepojętym sposobem tchnięto jakiś pozór życia.
4477 Widziałem smutny powrót mego ojca. Sztuczny dzień zabarwiał się już
4478 powoli kolorami zwyczajnego poranka. W spustoszałym sklepie najwyższe
4479 półki syciły się barwami rannego nieba. Wśród fragmentów zgasłego
4480 pejzażu, wśród zburzonych kulis nocnej scenerii - ojciec widział
4481 wstaj�
4482 cych ze snu subiektów. Podnosili się spomiędzy bali sukna i
4483 ziewali do słońca. W kuchni, na piętrze, Adela, ciepła od snu i ze
4484 zmierzwionymi włosami, mełła kawę na młynku, przyciskaj�
4485 c go do białej
4486 piersi, od której ziarna nabierały blasku i gor�
4487 ca. Kot mył się w
4488 EOT;
4489
4490 /*
4491 End of the Project Gutenberg EBook of Sklepy cynamonowe, by Bruno Schulz
4492
4493 *** END OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK SKLEPY CYNAMONOWE ***
4494
4495 This file should be named sklep10.txt or sklep10.zip
4496 Corrected EDITIONS of our eBooks get a new NUMBER, sklep11.txt
4497 VERSIONS based on separate sources get new LETTER, sklep10a.txt
4498
4499 Produced by Pawel Sobkowiak - Scanned and proofread by
4500 Polska Biblioteka Internetowa
4501
4502 Project Gutenberg eBooks are often created from several printed
4503 editions, all of which are confirmed as Public Domain in the US
4504 unless a copyright notice is included. Thus, we usually do not
4505 keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
4506
4507 We are now trying to release all our eBooks one year in advance
4508 of the official release dates, leaving time for better editing.
4509 Please be encouraged to tell us about any error or corrections,
4510 even years after the official publication date.
4511
4512 Please note neither this listing nor its contents are final til
4513 midnight of the last day of the month of any such announcement.
4514 The official release date of all Project Gutenberg eBooks is at
4515 Midnight, Central Time, of the last day of the stated month. A
4516 preliminary version may often be posted for suggestion, comment
4517 and editing by those who wish to do so.
4518
4519 Most people start at our Web sites at:
4520 http://gutenberg.net or
4521 http://promo.net/pg
4522
4523 These Web sites include award-winning information about Project
4524 Gutenberg, including how to donate, how to help produce our new
4525 eBooks, and how to subscribe to our email newsletter (free!).
4526
4527 Those of you who want to download any eBook before announcement
4528 can get to them as follows, and just download by date. This is
4529 also a good way to get them instantly upon announcement, as the
4530 indexes our cataloguers produce obviously take a while after an
4531 announcement goes out in the Project Gutenberg Newsletter.
4532
4533 http://www.ibiblio.org/gutenberg/etext03 or
4534 ftp://ftp.ibiblio.org/pub/docs/books/gutenberg/etext03
4535
4536 Or /etext02, 01, 00, 99, 98, 97, 96, 95, 94, 93, 92, 92, 91 or 90
4537
4538 Just search by the first five letters of the filename you want,
4539 as it appears in our Newsletters.
4540
4541 Information about Project Gutenberg (one page)
4542
4543 We produce about two million dollars for each hour we work. The
4544 time it takes us, a rather conservative estimate, is fifty hours
4545 to get any eBook selected, entered, proofread, edited, copyright
4546 searched and analyzed, the copyright letters written, etc. Our
4547 projected audience is one hundred million readers. If the value
4548 per text is nominally estimated at one dollar then we produce $2
4549 million dollars per hour in 2002 as we release over 100 new text
4550 files per month: 1240 more eBooks in 2001 for a total of 4000+
4551 We are already on our way to trying for 2000 more eBooks in 2002
4552 If they reach just 1-2% of the world's population then the total
4553 will reach over half a trillion eBooks given away by year's end.
4554
4555 The Goal of Project Gutenberg is to Give Away 1 Trillion eBooks!
4556 This is ten thousand titles each to one hundred million readers,
4557 which is only about 4% of the present number of computer users.
4558
4559 Here is the briefest record of our progress (* means estimated):
4560
4561 eBooks Year Month
4562
4563 1 1971 July
4564 10 1991 January
4565 100 1994 January
4566 1000 1997 August
4567 1500 1998 October
4568 2000 1999 December
4569 2500 2000 December
4570 3000 2001 November
4571 4000 2001 October/November
4572 6000 2002 December*
4573 9000 2003 November*
4574 10000 2004 January*
4575
4576 The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been created
4577 to secure a future for Project Gutenberg into the next millennium.
4578
4579 We need your donations more than ever!
4580
4581 As of February, 2002, contributions are being solicited from people
4582 and organizations in: Alabama, Alaska, Arkansas, Connecticut,
4583 Delaware, District of Columbia, Florida, Georgia, Hawaii, Illinois,
4584 Indiana, Iowa, Kansas, Kentucky, Louisiana, Maine, Massachusetts,
4585 Michigan, Mississippi, Missouri, Montana, Nebraska, Nevada, New
4586 Hampshire, New Jersey, New Mexico, New York, North Carolina, Ohio,
4587 Oklahoma, Oregon, Pennsylvania, Rhode Island, South Carolina, South
4588 Dakota, Tennessee, Texas, Utah, Vermont, Virginia, Washington, West
4589 Virginia, Wisconsin, and Wyoming.
4590
4591 We have filed in all 50 states now, but these are the only ones
4592 that have responded.
4593
4594 As the requirements for other states are met, additions to this list
4595 will be made and fund raising will begin in the additional states.
4596 Please feel free to ask to check the status of your state.
4597
4598 In answer to various questions we have received on this:
4599
4600 We are constantly working on finishing the paperwork to legally
4601 request donations in all 50 states. If your state is not listed and
4602 you would like to know if we have added it since the list you have,
4603 just ask.
4604
4605 While we cannot solicit donations from people in states where we are
4606 not yet registered, we know of no prohibition against accepting
4607 donations from donors in these states who approach us with an offer to
4608 donate.
4609
4610 International donations are accepted, but we don't know ANYTHING about
4611 how to make them tax-deductible, or even if they CAN be made
4612 deductible, and don't have the staff to handle it even if there are
4613 ways.
4614
4615 Donations by check or money order may be sent to:
4616
4617 Project Gutenberg Literary Archive Foundation
4618 PMB 113
4619 1739 University Ave.
4620 Oxford, MS 38655-4109
4621
4622 Contact us if you want to arrange for a wire transfer or payment
4623 method other than by check or money order.
4624
4625 The Project Gutenberg Literary Archive Foundation has been approved by
4626 the US Internal Revenue Service as a 501(c)(3) organization with EIN
4627 [Employee Identification Number] 64-622154. Donations are
4628 tax-deductible to the maximum extent permitted by law. As fund-raising
4629 requirements for other states are met, additions to this list will be
4630 made and fund-raising will begin in the additional states.
4631
4632 We need your donations more than ever!
4633
4634 You can get up to date donation information online at:
4635
4636 http://www.gutenberg.net/donation.html
4637
4638 ***
4639
4640 If you can't reach Project Gutenberg,
4641 you can always email directly to:
4642
4643 Michael S. Hart <hart@pobox.com>
4644
4645 Prof. Hart will answer or forward your message.
4646
4647 We would prefer to send you information by email.
4648
4649
4650 **The Legal Small Print**
4651
4652
4653 (Three Pages)
4654
4655 ***START**THE SMALL PRINT!**FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS**START***
4656 Why is this "Small Print!" statement here? You know: lawyers.
4657 They tell us you might sue us if there is something wrong with
4658 your copy of this eBook, even if you got it for free from
4659 someone other than us, and even if what's wrong is not our
4660 fault. So, among other things, this "Small Print!" statement
4661 disclaims most of our liability to you. It also tells you how
4662 you may distribute copies of this eBook if you want to.
4663
4664 *BEFORE!* YOU USE OR READ THIS EBOOK
4665 By using or reading any part of this PROJECT GUTENBERG-tm
4666 eBook, you indicate that you understand, agree to and accept
4667 this "Small Print!" statement. If you do not, you can receive
4668 a refund of the money (if any) you paid for this eBook by
4669 sending a request within 30 days of receiving it to the person
4670 you got it from. If you received this eBook on a physical
4671 medium (such as a disk), you must return it with your request.
4672
4673 ABOUT PROJECT GUTENBERG-TM EBOOKS
4674 This PROJECT GUTENBERG-tm eBook, like most PROJECT GUTENBERG-tm eBooks,
4675 is a "public domain" work distributed by Professor Michael S. Hart
4676 through the Project Gutenberg Association (the "Project").
4677 Among other things, this means that no one owns a United States copyright
4678 on or for this work, so the Project (and you!) can copy and
4679 distribute it in the United States without permission and
4680 without paying copyright royalties. Special rules, set forth
4681 below, apply if you wish to copy and distribute this eBook
4682 under the "PROJECT GUTENBERG" trademark.
4683
4684 Please do not use the "PROJECT GUTENBERG" trademark to market
4685 any commercial products without permission.
4686
4687 To create these eBooks, the Project expends considerable
4688 efforts to identify, transcribe and proofread public domain
4689 works. Despite these efforts, the Project's eBooks and any
4690 medium they may be on may contain "Defects". Among other
4691 things, Defects may take the form of incomplete, inaccurate or
4692 corrupt data, transcription errors, a copyright or other
4693 intellectual property infringement, a defective or damaged
4694 disk or other eBook medium, a computer virus, or computer
4695 codes that damage or cannot be read by your equipment.
4696
4697 LIMITED WARRANTY; DISCLAIMER OF DAMAGES
4698 But for the "Right of Replacement or Refund" described below,
4699 [1] Michael Hart and the Foundation (and any other party you may
4700 receive this eBook from as a PROJECT GUTENBERG-tm eBook) disclaims
4701 all liability to you for damages, costs and expenses, including
4702 legal fees, and [2] YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE OR
4703 UNDER STRICT LIABILITY, OR FOR BREACH OF WARRANTY OR CONTRACT,
4704 INCLUDING BUT NOT LIMITED TO INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE
4705 OR INCIDENTAL DAMAGES, EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE
4706 POSSIBILITY OF SUCH DAMAGES.
4707
4708 If you discover a Defect in this eBook within 90 days of
4709 receiving it, you can receive a refund of the money (if any)
4710 you paid for it by sending an explanatory note within that
4711 time to the person you received it from. If you received it
4712 on a physical medium, you must return it with your note, and
4713 such person may choose to alternatively give you a replacement
4714 copy. If you received it electronically, such person may
4715 choose to alternatively give you a second opportunity to
4716 receive it electronically.
4717
4718 THIS EBOOK IS OTHERWISE PROVIDED TO YOU "AS-IS". NO OTHER
4719 WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, ARE MADE TO YOU AS
4720 TO THE EBOOK OR ANY MEDIUM IT MAY BE ON, INCLUDING BUT NOT
4721 LIMITED TO WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR A
4722 PARTICULAR PURPOSE.
4723
4724 Some states do not allow disclaimers of implied warranties or
4725 the exclusion or limitation of consequential damages, so the
4726 above disclaimers and exclusions may not apply to you, and you
4727 may have other legal rights.
4728
4729 INDEMNITY
4730 You will indemnify and hold Michael Hart, the Foundation,
4731 and its trustees and agents, and any volunteers associated
4732 with the production and distribution of Project Gutenberg-tm
4733 texts harmless, from all liability, cost and expense, including
4734 legal fees, that arise directly or indirectly from any of the
4735 following that you do or cause: [1] distribution of this eBook,
4736 [2] alteration, modification, or addition to the eBook,
4737 or [3] any Defect.
4738
4739 DISTRIBUTION UNDER "PROJECT GUTENBERG-tm"
4740 You may distribute copies of this eBook electronically, or by
4741 disk, book or any other medium if you either delete this
4742 "Small Print!" and all other references to Project Gutenberg,
4743 or:
4744
4745 [1] Only give exact copies of it. Among other things, this
4746 requires that you do not remove, alter or modify the
4747 eBook or this "small print!" statement. You may however,
4748 if you wish, distribute this eBook in machine readable
4749 binary, compressed, mark-up, or proprietary form,
4750 including any form resulting from conversion by word
4751 processing or hypertext software, but only so long as
4752 *EITHER*:
4753
4754 [*] The eBook, when displayed, is clearly readable, and
4755 does *not* contain characters other than those
4756 intended by the author of the work, although tilde
4757 (~), asterisk (*) and underline (_) characters may
4758 be used to convey punctuation intended by the
4759 author, and additional characters may be used to
4760 indicate hypertext links; OR
4761
4762 [*] The eBook may be readily converted by the reader at
4763 no expense into plain ASCII, EBCDIC or equivalent
4764 form by the program that displays the eBook (as is
4765 the case, for instance, with most word processors);
4766 OR
4767
4768 [*] You provide, or agree to also provide on request at
4769 no additional cost, fee or expense, a copy of the
4770 eBook in its original plain ASCII form (or in EBCDIC
4771 or other equivalent proprietary form).
4772
4773 [2] Honor the eBook refund and replacement provisions of this
4774 "Small Print!" statement.
4775
4776 [3] Pay a trademark license fee to the Foundation of 20% of the
4777 gross profits you derive calculated using the method you
4778 already use to calculate your applicable taxes. If you
4779 don't derive profits, no royalty is due. Royalties are
4780 payable to "Project Gutenberg Literary Archive Foundation"
4781 the 60 days following each date you prepare (or were
4782 legally required to prepare) your annual (or equivalent
4783 periodic) tax return. Please contact us beforehand to
4784 let us know your plans and to work out the details.
4785
4786 WHAT IF YOU *WANT* TO SEND MONEY EVEN IF YOU DON'T HAVE TO?
4787 Project Gutenberg is dedicated to increasing the number of
4788 public domain and licensed works that can be freely distributed
4789 in machine readable form.
4790
4791 The Project gratefully accepts contributions of money, time,
4792 public domain materials, or royalty free copyright licenses.
4793 Money should be paid to the:
4794 "Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
4795
4796 If you are interested in contributing scanning equipment or
4797 software or other items, please contact Michael Hart at:
4798 hart@pobox.com
4799
4800 [Portions of this eBook's header and trailer may be reprinted only
4801 when distributed free of all fees. Copyright (C) 2001, 2002 by
4802 Michael S. Hart. Project Gutenberg is a TradeMark and may not be
4803 used in any sales of Project Gutenberg eBooks or other materials be
4804 they hardware or software or any other related product without
4805 express permission.]
4806
4807 *END THE SMALL PRINT! FOR PUBLIC DOMAIN EBOOKS*Ver.02/11/02*END*
4808
4809 */
4810 }
4811